Jakoś tak się złożyło, że rok 2014 został rokiem wyzwań. Literackich i okołoliterackich – szczerze mówiąc mam nadzieję, że tylko takich. No wiecie, jak wkroczy na scenę „Co?! Ja nie zrobię?!”, to się może po prostu zrobić niebezpiecznie dla zdrowia. Jak na razie biorę udział w dwóch i zastanawiam się nad trzecim. Czwarte chyba zostawię na przyszły rok, bo robi się tego wszystkiego dużo.

Może od początku: co to jest takie wyzwanie i z czym to się je? Pytanie nie takie banalne, bo spotkałam się już kilkukrotnie z pytaniami o co dokładnie chodzi. Najprościej mówiąc: o to, by przeczytać książki z danej listy. Oraz, zazwyczaj, zrobić coś jeszcze. Wyzwania plenią się w środowisku blogowym, więc najczęściej by „zaliczyć” wyzwanie wypada napisać recenzję przeczytaj książki. Należy jednak pamiętać, że wyzwania mają motywować do przełamywania barier, sięgania po dotąd nieznane terytoria, a może nawet zwyczajnie ruszenia tyłka do biblioteki. Traktowanie ich jak smutnego obowiązku zupełnie mija się z celem.

Przez pięć lat studiów strasznie się czytelniczo zapuściłam. Liczba czytanych książek rocznie spadła o połowę, jak nie więcej (nie mam dokładnych statystyk) i jakoś tak zaczęły mnie przytłaczać zaległości. Z osoby która zapytana o cokolwiek mówiła „ta, czytałam” zostałam zredukowana do „a, to, mam na liście czytelniczej” albo, co gorsza, „od dwóch lat leży na tym stosie koło łóżka”. Słowem: mam straszne tyły. Peleton odsadził mnie tak bardzo, że zaczynam myśleć o walce o nagrodę czerwonej latarni.
I jakoś tak od słowa do słowa – a zaczęło się w ogóle od książek z BookRage, kupowanych i nie czytanych zarówno przeze mnie jak i przez Freę – padło na to, żeby sobie zrobić wyzwanie. Tak prywatnie, w małym gronie (oczywiście grono już się rozrosło i zapraszam wszystkich chętnych do udziału. Lista znajduje się tutaj a temat z dokładniejszymi wyjaśnieniami – oraz miejscem na późniejsze dyskusje o przeczytanych książkach – jest tutaj). Żeby było zabawniej (w końcu rozmowa toczyła się pod koniec sześciodniowego sylwestra), żadna książka z BookRage’y nie trafiła do konkursu, za to pomyliliśmy Dickensa z Twainem (nie pytajcie…). Jak wyzwanie, to wyzwanie! Szczególnie, że cel był taki, żeby przeczytać to, co wypadałoby przeczytać dawno temu, a wciąż się po to nie sięgnęło.

Drugie wyzwanie w którym biorę udział to wyzwanie typowo blogowe, 30-dniowe wyzwanie książkowe. Wedle tej instrukcji:

Trzeba przez 30 dni codziennie coś skrobnąć na zadane pytanie. Niektóre są proste, inne niekoniecznie. Zobaczymy jak mi pójdzie. Może wreszcie ruszę bloga ;)

Wyzwanie nad którym się zastanawiam, to wyzwanie nakazujące czytać jedną publikację branżową miesięcznie. Tych też mi się nagromadziło na półkach i stosach i leżą nietknięte lub napoczęte – a przecież ja do diabła lubię swoją pracę! Jeszcze nie wiem, czy czasowo dam radę, ale zobaczę jak się uda.

Wyzwanie zostawione na przyszły rok, to wyzwanie Eksplorując nieznane. Nie biorę w nim udziału w tym roku z braku czasu, ale sama idea czytania klasyki SF zdecydowanie do mnie przemawia.

Wzywania ilościowego sobie nie stawiam. Jakoś nie przemawia do mnie czytanie książek na akord, chociaż oczywiście nie neguję, że dla kogoś innego będzie to świetną motywacją.