Kto jeszcze nie wie, temu obwieszczam: NaNoWriMo 2013 nadciąga wielkimi krokami. W chwili gdy to piszę jest 20:55, więc do początku Literackiej Sraczki zostały trzy godziny i pięć minut. Potem – podobnie jak setki tysięcy innych wariatów na całym świecie – znikam z powierzchni życia towarzyskiego na jakiś miesiąc. Jeśli dobrze pójdzie to dwadzieścia dni, chociaż z różnych przyczyn będę się starała ukończyć NaNo przed 10 listopada (mam świadomość, że to nierealne, ale niestety, życie nie pozostawia mi wiele wyboru, będę starała się nabić jak najwięcej i potem mieć nadzieję).

Chyba nie muszę wyjaśniać, czy jest NaNoWriMo, potoczne określane w Polsce jako NaNo? Zasady są proste: należy napisać powieść. W miesiąc. Żeby było łatwiej, ta powieść ma określoną objętość minimalną, czyli 50 tysięcy słów. To mało jak na powieść, ale dużo jak na pisanie w miesiąc, szczególnie, jeśli ma się jeszcze inne obowiązki, na przykład pracę wymagającą siedzenia po 8 godzin przy operacji zmiany kasty z „chiński badziew” na „produkt ekskluzywny”. Nie pytajcie o szczegóły, po prostu nie wierzcie zdjęciom w katalogach sprzętu gospodarstwa domowego.

Jeśli są jacyś chętni do wzięcia udziału w NaNo – nie jest za późno (właściwie przed 30 listopada nigdy nie jest za późno, są tacy, którzy NaNo zaczną pisać jutro i jutro też skończą). Tradycyjnie zapraszam na stronę nanowrimo.org oraz na polskie forum. W komentarzach pod wpisem też oczywiście chętnie udzielę wszystkich informacji, szczególnie, że jestę eMLę, czyli przedstawicielką imprezy na Polskę.

To moje czwarte NaNo. Pierwsze upłynęło pod znakiem „Przeklnij me imię” – tekstu, do którego na pewno kiedyś wrócę, ale zapewne po prostu napiszę go na nowo, bo moje pierwsze NaNo było sromotną porażką. Poddałam się po jakichś 20k kompletnego bełkotu (pojedyncza sceny są dobre, problem w tym, że nie ta sama rzecz opisana jest kilka razy i to w sposób wykluczający amputację…). Nie oznacza to oczywiście, że każdy kto pisze pierwszy raz skazany jest na porażkę, wręcz przeciwnie.

Za drugim razem pisałam pierwszą połowę drugiej części Colta i tu poszło jak z płatka. W zeszłym roku też pisałam Colta, tym razem trzecią część, na wariata, bez przygotowania i pomysłu – cieszę się, bo napisałam parę świetnych scen i wymyśliłam kilka ważnych rzeczy. I wymyśliłam intrygę, która jest stanowczo za duża do tego tekstu, ale to oznacza tylko tyle, że będzie można ją wykorzystać gdzie indziej.

W tym roku odgrzebuję stary pomysł. Ma dobre dwa, czy może nawet trzy lata. Przeszedł dużą ewolucję – do historii dwóch synów dziwki, którzy zdobywają władzę nad światem wmawiając wszystkim, że jeden z nich jest magiem -w świecie gdzie nie ma magii – poprzez historię dwóch synów dziwki, którzy zdobyli władzę nad światem, wmawiając wszystkim, że jeden z nich jest magiem – w świecie gdzie nie ma magii – ale sprawa się rypła i teraz muszą ŻYĆ PO (uwielbiam ten motyw), aż po wersję obecną, łączącą obie te sprawy. Żeby nie było za łatwo, jedna część będzie pisana w kolejności chronologicznej, druga – odwrotnie chronologicznej, znaczy tak: rozdziały opowiadające „po” będą szły normalnie w kolejności. Przeplatane będą rozdziałami o tym co było „przed” pisanymi od końca ([scena ostatnia], [scena przedostatnia], itd.)

W związku z taką cokolwiek skomplikowaną konstrukcją, pierwszy raz mam napisany taki, hm, dokładny konspekt, którego powinnam się trzymać. Wcześniej albo nie miałam nic, albo jedynie zbiór punktów bardziej po to, żeby o czymś nie zapomnieć, niż żeby twardo trzymać się kolejności i objętości. Nie lubię wiedzieć co będę pisała – skoro już jest wymyślone, to co to za zabawa? Tak więc mój konspekt zawiera raczej hasła niż konkrety.

Ach, konkrety… jeśli ktoś panikuje, bo nie ma jakiejś nazwy własnej i gdzieś zawieruszyła się mapka, to niech nie desperuje. Ja mam imiona części bohaterów, żadnych nazwisk, żadnych nazw własnych, żadnej geografii. Główny zły ma właściwie rolę fabularną i nic poza tym. Będę wymyślała na bieżąco i wierzę, że google translate mnie nie zawiedzie, bo w tym roku wszystkie obce słówka będą… po niderlandzku. I chyba coś się znajdzie po łotewsku. A to z prostego powodu…

To NaNo nie zapowiadało się jakoś wyjątkowo. To znaczy – bardziej wyjątkowo niż zawsze. Standardowo wyzwanie sowie na 11 listopada, wyzwania cotygodniowe (w tym roku są to tytuły powieści :3 bójcie się)… A tu nagle WYPOWIEDZIANO NAM WOJNĘ. I to nie byle kto się porwał na majestat Rzeczpospolitej NaNowczej, bo Łotysze. I proszę nie cmokać lekceważąco. Zasady wyzwania są takie, że prawo do naśmiewania się z przegranego zdobywa ten region w którym napisze się więcej słów na głowę… Czujecie? Łotwa to mały region, który rozniósł już Włochy i Estonię. Czy Polska ma szanse wygrać? Setki martwych dusz w regionie nie wróżą pomyślnie. Ale, momencik… oni tam nawet nie mają zimnoków, a nam niestrasznie politbiuro, bo przecież mamy naszą tajną polską wunderwaffe: CO?! JA NIE ZROBIĘ?!

Ni śnieg, ni deszcz, ni łotewskie politbiuro…!