Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Ha! Prościzna. „A imię jej ciemność” Glena Cooka, a w oryginale „She is the Darkness”. Cook w ogóle ma dar takiego zwięzłego i jednocześnie poetyckiego pisania. Spójrzcie sami na te tytuły: http://en.wikipedia.org/wiki/Glen_Cook#Published_works. Niestety w języku polskim ta dziwna patetyczna ale jednocześnie fajna poetyckość znika stłamszona w doprawdy straszliwy sposób. To zwyczajnie nie działa w naszym języku.

Za to z tytułami się czasem udaje i takim właśnie przykładem jest „A imię jej ciemność”. To nie tylko mój ulubiony tytuł, ale i ulubione tłumaczenie tytułu. Doskonale oddaje rytm oryginału.

Drugim powodem, dla którego tak bardzo podoba mi się ten tytuł jest fakt, że zaczyna się spójnikiem. Uwielbiam tytuły zaczynające się od spójników.

Ale żeby tak jeden wybrać? O rany, rany… na pewno to co się kilkukrotnie działo w „Defenderze” C.J. Cherryh. No i to jak w trylogii „Conspirator”, „Deceiver” „Betrayer” z tego samego cyklu znalazł się mocny na Brena. Poza tym…? „Milkweed” Tregillisa i zamiana cukierkowego życia bohatera w koszmar. O tak. To zrobiło na mnie wrażenie.

To mnie zagięło, przyznaję. Książki często-gęsto poszerzają moją wiedzę z jakiejś dziedziny, albo zapoznają mnie z nowymi… ale żeby tak… zmienić moją opinię…? Naprawdę trudno mi coś takiego wymyślić… I wtedy mi się przypomniało.

Literackie objawienie.

Wszyscy znamy Stefana Żeromskiego. A w każdym razie większość rozpoczęła i zakończyła swoją z nim znajomość na dowolnie krótkim fragmencie „Syzyfowych prac”. Ewentualnie dobrnęło do przeciętnego (ale dającego się czytać!) „Przedwiośnia”. Moja opinia o Żeromskim była prosta: łojeżusiu co za nudziarz. „Przedwiośnie” spoko, ale „Syzyfowe prace” jakaś totalna pomyłka. I nagle, w czasie przygotowywania się do egzaminu z pozytywizmu i Młodej Polski – szok. Przeglądałam BNkę z opowiadaniami Żeromskiego, czytając na wyrywki po parę zdań, żeby ogólnie ogarnąć.

I wtem stał się „Pavoncello”.

A ja zakochałam się w Żeromskim.

Yyy… nie mam zwyczaju utożsamiania się z postaciami. Po prostu nie myślę o nich w taki sposób. Może to jakiś defekt empatii (jak pisałam wcześniej – może jestem po prostu złym człowiekiem).

Natomiast mogę powiedzieć, że spotkałam się z postaciami, które są do mnie podobne. Mogę też przyznać, że z miejsca je znielubiłam :D

Taką postacią jest kapitan Sabin z cyklu „Przybysz”. Nie czuję z nią żadnego pokrewieństwa dusz, czy czegoś takiego, po prostu, obiektywnie patrząc, na jej miejscu zachowałabym się tak samo: równie bezczelnie, równie niedyplomatycznie i równie mocno okrasiłabym wypowiedzi wulgaryzmami.

Jest sporo takich książek bo tak się jakoś składa, że czytam mniej popularne tytuły i potem nie bardzo jest z kim o nich rozmawiać… ale chyba nie o takie egoistyczne pobudki chodzi? A więc…

Nie wydaje mi się, żeby istniały książki uniwersalne. Każdy lubi co innego i potrzebuje czego innego. Nie mam parcia na to, żeby ludzi do czegokolwiek przymuszać, nawet do rzeczy słusznych.

Ale wybrałam dwa typy:

Niesamowite samobójstwo zbiorowe” Arto Paasilinny (opisane wcześniej w ramach tego wyzwania), bo to cholernie pozytywna książka.

i

„Zły” Leopolda Tyrmanda, bo cudze chwalicie swojego nie znacie. Popkulturowa jazda najwyższej jakości. Polska i to z 1955 roku.

Czy lista po prawej wystarczy? Czy mam może dodać, że na tej liście nie ma oczywiście wszystkich książek, które od dawna chciałam przeczytać, tylko te o których pamiętałam? Właściwie w dzisiejszych czasach trudno jest znaleźć książkę, którą chciałabym przeczytać, ale nie miałam – fizycznie – okazji. Sprowadzić można zza granicy prawie wszystko (w każdym razie po angielsku i rosyjsku) i to nawet stosunkowo niedrogo… a do tego istnieją internety. A że mam Kindla, ebooki mi nie straszne.

Tak więc powodem nieprzeczytania czegoś może być co najwyżej czas albo dziurawa pamięć. Chętnie bym zamieniła sobie miejscami statystyki w tych dwóch… Bo oto, gdzieś pomiędzy roladą schabową a kompotem z suszu doznałam olśnienia, że jednak jest taka książka, która się wyróżnia spośród innych „do przeczytania”. Są to „Notatki z podziemia” Dostojewskiego, które chcę przeczytać jeśli nie od gimnazjum to na pewno od liceum i wciąż mi się nie udało!

Jutro idę do biblioteki oddać to i owo – chyba wiem, co wypożyczę ;)

Filmów to bym mogła parę wymienić, ale książka…? Jak śmieję się przy czytaniu dużo, tak z pałakaniem już nieco gorzej. Nie wczuwam się bohaterów i nie przeżywam ich dramatów jakoś osobiście.  Tak sobie myślę, że chyba najbardziej pod takim względem poruszyło mnie „Kupieckie szczęście” C.J. Cherryh. To jest tak… przejmująco smutna książka. Główny bohater nie potrafi się wyrwać z traum i samotności, a ludzie w jego otoczeniu nie są w stanie go zrozumieć – bo on im się w swojej paranoi nie pozwoli zrozumieć. I wszystko się sypie z powodu nieporozumień, czego żadna ze stron nie potrafi dostrzec. I jest tak bezsilnie, beznadziejnie, strasznie i smutno.

Nie wiem, czy faktycznie płakałam kiedy to czytałam – nie wiem czy w ogóle kiedykolwiek płakałam przy książce, ale jeśli chodzi o jakieś, hm, wzruszenie, to tak – „Kupieckie szczęście”.

Kurde bele, nie mam pojęcia. Czytałam swego czasu, szczególnie na samym początku swego czytelniczego żywota (liczę od 3 klasy podstawówki, kiedy koleżanka z klasy zapoznała mnie z fascynującym przybytkiem zwanym osiedlową biblioteką), a pamięć jak miałam dziurawą, tak z wiekiem coraz gorzej…

Oczywiście przed czasami bibliotecznymi też czytałam różne rzeczy, więc pewnie odpowiedzią na dzisiejsze pytanie będzie, któraś z książeczek „Poczytaj mi mamo” (nie znoszę głośnego czytania, więc czytałam sama), albo któryś z numerów „Już czytam”. A potem to chyba jakiś „Anaruk, chłopiec z Grenlandii” czy inny „Pingwin Pikpok”. W właściwie to może „Dzieci z Bullerbyn”? Ale to dostałam na koniec zerówki chyba (albo pierwszej klasy), na pewno czytałam coś wcześniej… ale, cóż, nie pamiętam… ;)

Poważnie? Ale: poważnie? Znaczy, ok, rozumiem, ten kwestionariusz ni był pisany pode mnie, tylko tak ogólnie pod wszystkch, ale… romans? No, długo się nie musiałam zastanawiać, bo przeczytałam bodaj cztery. Jednego Harlekina, dwa tomy Greya, no i „Przmeinęło z wiatrem”. Wybór chyba jest oczywisty?
Chociaż, z drugiej strony, czy „Przmeinęło z wiatrem” w ogóle jest romansem? Jakkolwiek miłosne – powiedzmy – perypetie bohaterki są najistoniejszym elementem jej życia, tak powieść sama w sobie opowiada raczej o końcu Południa, o całym stylu życia… nie, nie, nie próbuję wyciągnąć tej powieści z romansowego getta. Jest świetna i jej klasyfikacja tego nie zmieni, po prostu się zastanawiam z perpektywy kompletnego laika, który nie ma pojęcia o gatunku – no bo co czyni romans romansem?

Wątki romansowe tudzież miłosne są obecne w większości utworów literackich i to w różnych proporcjach. Czy żeby coś było romansem musi mieć wyłącznie wątek romansowy?

Tak się zastanawiam teoretycznie. Również dlatego, że raczej nie ma sensu po raz kolejny pisać o tej samej książce.

Wydaje mi się, że te wszystkie pytania o cośtam ulubionej powieści ma na celu doprowadzenie podejmującego wyzwanie do olśnienia co jest tą ulubioną powieścią. Jakoś nie wierzę żeby mnie to przekonało, bo to jednak nie jest chyba konkurs na jakieś statystyki, no nie? To że jakaś książka się pojawi najwięcej razy nie czyni jej jeszcze najulubieńszą. Jedna z moich najulubieńszych książek jak na razie pojawiła się wyłącznie raz.

Tymczasem: ulubiona zekranizowana książka. Właściwie nie jestem pewna, jak powinnam to interpretować. Fraa uznała – jeśli dobrze zrozumiałam – że chodzi o ulubioną książkę z tych które zekranizowano. Jak dla mnie bardziej chodzi o ulubiony zestaw powieść-ekranizacja. Chociaż z drugiej strony to trochę za bardzo zaczyna mi ciążyć w stronę pytania o ulubioną/najlepszą ekranizację…

Jak już się wydało, nie oglądam wielu ekranizacji. A na dodatek, kiedy już oglądam, to okazuje się, że ekranizacja bije oryginał książkowy na głowę… no bo nie ma mowy, żebym wymieniła tutaj np. „Pierwszą krew” Davida Morella, słabiutkie powieścidło napisane przez kolesia po kursie kreatywnego pisania, co tak bardzo widać… A na podstawie tej słabiuchnej książeczki udało się nakręcić genialny film.

No dobra, trochę oszukuję tymi rozważaniami, bo bardzo szybko przyszła mi do głowy odpowiedź na to pytanie. Po prostu potem zaczęłam szukać jakiejś konkurencji dla tego tytułu, bo już była o nim mowa, więc może znajdzie się coś jeszcze…? Tylko podstawowym warunkiem ma być fajność zarówno powieści jak i filmu, a mnie do głowy przychodzą głównie fajne filmy na podstawie książek, które albo są słabe albo zwyczajnie mnie porwały. No i tak koniec końców (być może z winy mojej pamięci złotej rybki), po raz kolejny sięgamy do Margaret Mitchell i „Przeminęło z wiatrem”.

Po raz pierwszy z tematem zapoznałam się właśnie za pośrednictwem ekranizacji. Nastąpiło to stosunkowo późno (chyba w liceum…?), ponieważ „Przeminęło z wiatrem” równało się dla mnie „niesamowicie długiemu romansidłu”. To nie brzmi zbyt zachęcająco, no nie? O istnieniu pierwowzoru książkowego w ogóle nie miałam pojęcia. I po prostu kiedyś, jakoś z nudów, obejrzałam „Przeminęło…” na TCM. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy przeczytałam książkowy oryginał, zakochałam się w filmie jeszcze bardziej. Jest po prostu bezbłędny. Różni się nieco od książki, to pewne: mocno ograniczono wątki małżeńskie Scarlett i przede wszystkim zmniejszono liczbę jej dzieci (oraz zmieniono, o ile pamiętam, historię jej stosunku do córki, no ale to jedno z drugiego wynika). Ale poza tym? Wierniejszą ekranizacją jest chyba tylko „300”… Dobór aktorów – genialny. Szczególnie Scarlett, Melania i Ashley. Ten ostatni cierpi w ekranizacji najbardziej, bo trudno przedstawić go z zewnątrz tak, by pokazać całą złożoność tej postaci – mimo dość epizodycznego charakteru jest to chyba najważniejszy bohater powieści – ale dla kogoś kto zna powieść – ten Ashley (Leslie Howard) jest genialny. Bo jest dokładnie taki jak w książce, tylko pokazany od zewnątrz. Jest jednocześnie słabym punktem filmu i mocnym punktem ekranizacji, jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Dość kontrowersyjne wydaje się obsadzenie w roli Rhetta Butlera Clarke’a Gable (który jak wiadomo, przez odstające uszy nie miał szans na karierę w Hollywood, hehe) – bo do książkowego Rhetta jest ni cholerę niepodobny. A jednak ani przez moment nie wyczuwa się zgrzytu (no, może poza pierwszą informacją o obsadzeniu go w tej roli… gdyby to było w dzisiejszych czasach, chyba bym padła na zawał; jestem castingową nazistką).

No i postać, którą uwielbiam – Niania. Czy wystarczy powiedzieć, że Hattie McDaniel dostała za tę rolę Oscara? O wartości tych nagród wiele by można powiedzieć (i to niezbyt dobrych rzeczy), ale fakt faktem, że jest to ważna nagroda, a przyznano ją czarnoskórej kobiecie (po raz pierwszy w historii). Ach, jak przy Oscarach jesteśmy – no to przecież z Oscarów ten film również słynie. Wspomniana Hattie McDaniel konkurowała o miano najlepszej aktorki drugoplanowej z Olivią DeHaviland (genialną w roli Melanii), a ogółem zdobył ich aż 10. Mówiąc krótko – wymiótł.

I wymiata do dzisiaj.