Trzymam właśnie w łapkach cudeńko: „Gofred” Tassa-Kochanowskiego Romana Pollaka, wydanie z 1922 roku. I znowu cierpię, bo nie mam nigdzie takiego kroju pisma T.T (pozostaje mi Linux Libertine po paru barbarzyńskich przeróbkach). Niemniej:

Ideał przekładu leżący między temi dwoma biegunami [przekładem dosłownym i przekładem nazbyt wolnym – h.] osiągnąć może tylko tłumacz-artysta zdolny iść po linji największego oporu. Jedną z sił głównych będzie dlań intuicja, która jak trawiący płomień przeniknie cały organizm oryginału, pozwoli go przeżyć tak jak genjalny aktor przeżywa swą rolę – a potem dopiero może rozpocząć niezwykle skomplikowany proces chemiczny i organiczny: odtworzenie pierwowzoru w innym języku. Wybitną rolę odegra tutaj siła sugestji oryginału czy – jak chcą inni – rodzaj metempsychozy, sympatje, pokrewieństwa i podobieństwa warunków, wśród jakich powstają oba dzieła i tworzą obaj autorzy.

Roman Pollak, „Gofred” Tassa-Kochanowskiego, Poznań, Gebethner i Wolff 1922, s. 6.

A tak w ogóle to bym sobie chciała z kimś podyskutować o kompetencjach autorskich tłumacza i takich tam, więc jak ktoś ma coś do powiedzenia to zapraszam :)