Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ pisanie ’ Category

NaNoWriMo 2011 dzień 19

No i tyle wyszło z tego dzienniczkowania :D W każdym razie, dzisiaj w godzinach popołudniowych (po godzinie 17), zakończyłam NaNo. to znaczy pacnęłam 50k słów, z samym tekstem (135k jak widać na załączonym obrazku) jestem pewnie jakoś w okolicy połowy.

Jak było? Było fajnie ;) Czasami tragicznie, ale ogólnie to fajnie. Fajni ludzie jak zawsze. Fajne spotkania – szczególnie połownikowe w Sopocie – i wogle-wogle.

A moje wiekopomne dzieło? Jeszcze nie czytałam :D I raczej nie zamierzam w najbliższym czasie ;) Dużo lania wody (ach, te przemyślenia), spodziewam się miazgi. Chociaż pewnie i tak jeszcze coś dopiszę. Na razie rzecz musi się odleżeć tak, czy owak, a mam przecież rozgrzebaną pierwszą część w korekcie. Całość? Docieram dopiero do Wujcia Limona (Wujciu Limonie – użytkowniku używający takiego nicka – to nie ma nic wspólnego z tobą. Po prostu nie mam pomysłu na imię dla tej postaci), czyli powiedzmy do połowy (ale mogę się mylić… ;) )… połowy drugiej części. Bo się w trakcie NaNo wykluła trzecia. Ech…

Właściwie to powinnam sobie zrobić odpoczynek od pisania, ale przeca ciąg w 750… jutro mam plan napisania czegoś o Elim, ale pewnie dalej będę siedziała w Colcie. Bo magia trzeciego tygodnia trwa.

A jak znajdę to wrzucę mój felietonik o NaNo napisany na zajęcia. O.

A w ogóle to:
Gratuluję wszystkim którzy już skończyli.
Gratuluję Frzee wczoraj obronionej magisterki :D
Wszystkim którzy jeszcze piszę życzę powodzenia.

Czy istnieją złe pomysły?

There’s no such thing as a bad idea, in my opinion, or even an overdone idea. What there is, is ideas that have been done badly so often, or in the same way so often, that one needs to be very, very careful in using them. Good writing can save anything. 

http://www.fanfiction.net/s/250144/1/Twin_Poles_Journeyman_of_Magnetism

http://www.alara.net/ strona domowa

Nie do końca się zgadzam – Bumblebee gwałcący… nie ważna kogo, w ogóle gwałcący kogokolwiek jest ZŁYM POMYSŁEM. Natomiast jeśli wzienisiemy się choć odrobinę ponad dno prawdą jest co rzecze ta pani. Nawet w fantasy da się zrobić coś sensownego („Fortece”, a tam pomysł jest przecież banalny!)  ;]

Czas jakis temu natrafiłam (zdaje się, że za pośrednictwem Twittera) na ciekawy tekst Cory’ego Doctorowa. O  tutaj jest oryginał . Odnieść się chciałam już dawno i nawet przetłumaczyłam co trzeba, tylko nie chciało mi się przepisać ^^ w każdym razie, panie i panowie:

Cory Doctorow „Pisanie w wieku dekoncentracji”

Po ogólnym wstępie Doctorow przechodzi do sedna, czyli kilku prostym technikom dzięki którym zazwyczaj udaje mu się zapanować nad nawałem pracy i weną. A więc? Zaczynamy :D

- Krótki, regularny plan pracy

Kiedy pracuję nad opowiadaniem lub powieścią, ustalam umiarkowany dzienny cel – zwykle stronę lub dwie – wtedy osiągam go każdego dnia, nie robiąc niczego innego, kiedy nad nim pracuję. Odcięcie się od świata na długie godziny nie jest ani możliwe, ani pożądane, ale całkowicie  wykonalne jest wyłączenie się na dwadzieścia minut. Pisanie strony dziennie daje więcej niż powieść rocznie – policzcie – a dwadzieścia minut zawsze się znajdzie, cokolwiek by się nie działo. Dwadzieścia minut to okres na tyle krótki, że bez problemu można go wygospodarować z czasu na sen lub posiłek (choć nie powinno się to stać nawykiem).  Sekret to robienie tego codziennie, łącznie z weekendami, tak by zachować impet i pozwolić myślom snuć się w kierunku jutrzejszej strony w przerwach między sesjami. Spróbuj znaleźć jeden-dwa intrygujące szczegóły, które trzeba opracować do następnej strony, albo bon mot, żeby mieć już jakiś materiał kiedy usiądziesz do klawiatury.

Prawda. Bardzo ważne jest wyznaczenie jakiejś rozsądnej normy, no a do tego pozostaje pytanie – jak się zmobilizować (nie oszukujmy się, ludzie potrzebujący tego typu porad od kapitana oczywistość to po prostu lenie, leniwce i inne łajzy – nie wyłączając mnie oczywiście). I tu z pomocą przychodzą różne wynalazki w rodzaju np. NaNoWriMo czy 750 Words. Ten pierwszy link to cykliczna impreza polegająca na pisaniu powieści w miesiąc, konkretnie w listopadzie. Powieść ta ma mieć 50000 słów, co daje nam około 1700 słów dziennie. Oczywiście można siąść na tyłek i napisać to szybciej, albo siadać tylko raz w tygodniu i pisać tygodniową dawkę (to istotne ;) ). Jednak to impreza trwająca miesiąc a 1700 słów dziennie to dużo, na tyle by pisanie takich ilości tekstu było wysiłkiem. Oczywiście co kto lubi ;) Druga z wymienionych stron – moim zdaniem o wiele fajniejsza – zakłada pisanie dziennie 750 słów (lub więcej, lub – co ważne – mniej!). Funkcjonuje to na zasadzie motywacji pozytywnej. Jeśli nic danego dnia nie napiszesz to jedna z karateczek u góry ekranu, symbolicujących dni miesiąca – pozostanie pusta, ale tak przyjemnie zielona (w NaNoWriMo każde słowo w plecy zaznaczane jest czerwienią i w ogóle jest tak jakoś strasznie, również przez to, że jest ten straszeczny limit na końcu). Kiedy napiszemy powyżej 100 słów krateczkę przecina pojedyncza przekątna, kiedy osiągniemy cel – krzyżyk. Zielony :D Do tego dostajemy punkty, acz algorytm ich przyznawania jest dość… specyficzny. W każdym razie im dłużej pozostajemy „w ciągu” tym lepiej i tym więcej punktów dostaniemy. A to jeszcze nic, bo są też na stronce odznaki. Za pisanie 3 dni w ciągu zostajemy indykiem, 5 – pingwinem itp. Pierdoła, ale taka sympatyczna i w kretyńsko miły sposób wchodząca na ambicję. Ponadto można też zapisać się na „wyzwanie ” danego miesiąca – pisanie cały miesiąc w ciągu. Nagroda? Trafienie na ścianę zajebistości. Kara? No cóż, tam o stoi ściana pła- ehm, wstydu. Plus oczywiście jakieś osobiste postanowienia. Dla piszących po angielsku strona oferuje jeszcze fajne statystyki. Minus? Pod windozą nie działa „ś” więc najlepiej pisać w jakimś programie (albo we Write or Die ;) ) i po prostu przeklejać. Dodatkowym plusem jest fakt iż wszystko co napiszemy jest zapisywane na stronce. Ach, no i chodzi o pisanie czegokolwiek, choćby i treści w stylu „mój drogi pamiętniczku”. Jeden punkcik za napisanie już 100 słów sprawia, że się siada, choćby na chwilę… a jak już człowiek te 100 słów przemęczy to mu może coś ciekawego do głowy przyjść!

- Poszarpane brzegi

Kiedy osiągniesz dzienny limit – ZATRZYMAJ SIĘ. Zatrzymaj się nawet jeśli jesteś w połowie zdania. Szczególnie, kiedy jesteś w połowie zdania. W ten sposób, kiedy następnego dnia usiądziesz do klawiatury kilka pierwszych słów będziesz już miał w głowie, co lekko się popchnie jeszcze zanim zaczniesz pracę. Tkacze zostawiają kawałek nici wystający z roboty by następnego dnia widzieć, gdzie zacząć, nazywają to podpowiedzią. Garncarze zostawiają nierówny brzeg w mokrej glinie nim owiną ją folią – trudno jest zrobić gładki brzeg.

Codo tego punktu mam pewne wątpliwości. Niby słuszne, ale wydaje mi sie, ze bardzo ważne jest to, jak kto pisze. Czyli jak to zwykle bywa – indywidualnie. Ja nie mogę przerwać dialogu w połowie – bo te dialogi powstają błyskawicznie, ktoś komuś, gdzieś dogryza – i zostawienie sobie tego w głowie do rozważania kończy się tak jak mój niedoszły fik do SG-A – jedną z ważnych scen rozważałam tak długo, że mam ją obmyślaną na 151900 sposobów i każdy jest dobry. Więc tekst leży. Acz kończenie myśli – ale nie sceny – po osiągnięciu okolic limitu jest moim zdaniem jak najbardziej słuszne, bo właśnie dzięki temu można zachować impet.

- Nie szukaj informacji

Szukanie informacji nie jest pisaniem i vice versa. Kiedy stajesz przed problemem, rozwiązanie którego możesz wygooglać w kilka sekund – nie rób tego. Nie poddawaj się i nie sprawdzaj długości Mostu Brooklyńskiego, ludności Rhode Island, czy odległości Ziemi od Słońca. Ta ścieżka prowadzi do rozproszenia – niekończącego transu klikania, które zamieni twoje dwadzieścia minut tworzenia w trwającą pół dnia idylliczną drogę przez sieć. Zamiast tego zrób to, co dziennikarze: pisz „TK” wszędzie tam gdzie brakuje informacji, np. Most Brooklyński, całe TK stóp, wzniósł się w powietrze jak latawiec. TK pojawia się w bardzo niewielu angielskich słowach (jedyne na jakie wpadłem to „Atkins”), więc szybkie przeszukanie dokumentu pokaże, czy nie pozostały jakieś informacje do sprawdzenia. A twoi redaktor i korektor rozpoznają je, gdy ty przeoczysz i zwrócą ci na to uwagę.

O taak… Ileż to razy chciałam sprawdzić tylko tę jedną jedyną rzecz… i zanim wpisałam hasło w google już zapomniałam co miałam zrobić. to dotyczy również wszystkich informacji wewnątrztekstowych. nie pamiętasz jak się nazywał ten facet? To pisz cokolwiek byle konsekwentnie, żeby potem było łatwiej znaleźć i zamienić.  Patrz: słynny Pan Henio niejakiej Gally. z tym TK – to co kto lubi, nie wiem, czy to tak się nawet da po polsku… ja zwykle pisze w nawiasie kwadratowym co miało być. Bo mam pamięć słabą ^^

- Nie certol się.

Zapomnij o radzie a propos znajdowania odpowiedniej atmosfery, by zaprosić wenę do pokoju. Zapomnij o świecach, muzyce, ciszy, wygodnym krześle, papierosie lub kładzeniu dzieci do łóżka.  Przyjemnie jest zaspokoić wszystkie potrzeby zanim usiądziesz do pisania, ale jeśli przekonasz samego siebie, że możesz pisać tylko w doskonałym świecie , połączysz problem ze znalezieniem wolnych dwudziestu minut z problemem ze znalezieniem idealnych warunków. Kiedy masz czas – kładź ręce na klawiaturze i pisz. Wytrzymasz z hałasem/ciszą/dziećmi/niewygodą/głodem przez dwadzieścia minut.

Prawda… Acz mnie się bardzo źle pisze jak ktoś siedzi w pokoju, albo jeszcze na dodatek GADA >.< ale prawdą jest, ze stawianie sobie tysiąca różnych warunków w pisaniu nie pomaga. Choć w planowaniu i przywoływaniu wena – nie ma nic lepszego niż dobra muzyka. Jak się ma wymyślone to pisać można wszędzie, nawet na durnym wykładzie z historii filozofii (hehe).

- Zabij swój procesor tekstu.

Word, Google Office i OpenOffice mają wprawiająca w osłupienie ilość opcji związanych z krojem czcionki i automatyzacją, którymi bawić się można w nieskończoność… Zapomnij. To wszystko to dekoncentracja, a ostatnią rzeczą której potrzebujesz jest narzędzie „poprawiające” pisownię, krytykujące składnię itd.  Programiści, którzy napisali twój procesor tekstu piszą całymi dniami, codziennie i mają możliwość kupna lub zdobycia w inny sposób każdego narzędzia wprowadzania tekstu do komputera jakie im się tylko zamarzy.  Nie piszą swojego oprogramowania w Wordzie.  Używają edytorów tekstu, takich jak np. vi, Emacs, TextPad, BBEdit, Gedit, czy innego z setek edytorów. To najbardziej godne zaufania, stabilne, potężne narzędzia  w historii oprogramowania (skoro są podstawą każdego innego oprogramowania) i prawie w ogóle nie mają rozpraszających funkcji – za to mają potężne opcje znajdź/zamień. A co najlepsze – skromny format .txt może być otwarty przez praktycznie każdą aplikację na twoim komputerze, wklejony w treść emaila i nie może przenieść wirusa.

Niby prawda… ale jak ma się dużo kursyw i innych takich do zrobienia, albo pisze na frankensteina, to połapanie się w takim txt do łatwych nie należy. Dlatego jednak – coś z opcjami formatowania jest wskazane. Worda trzeba ujarzmić, a nie jest łatwo, szczególnie te nowe wersje. Za to mam na netbooku (mam na nim linuxa) – coś co się zwie Lotus Symphony. Jest o niebo lepsze niż OpenOffice (ale od tego gówna to wszystko jest lepsze –_- ), ma zakładki i jest na tyle gówniane (to taki OpenOffice tylko, że nie jest tak chujowy i wkurwiający…), żeby nie kusiło. I jest dostosowany do panoramicznych ekranów! Za to pozwala na formatowanie oraz zmianę koloru tekstu – a ostatnio fragmenty z każdego dnia piszę innym kolorem. Łatwiej mi się wtedy odnaleźć, nawet jak plik wygląda jak parada równości.

- Komunikatory są zabójcze.

Największą przeszkodą w koncentracji jest cały ekosystem przerywających technologii. IM, powiadomienia o mailach, kanały RSS, Skype itd. Wszystko co wymaga od ciebie reakcji, nawet podświadomie zajmuje twoją uwagę. Wszystko co wyskakuje na ekran, zajmuje twoją uwagę. Im lepiej nauczysz rodzinę i przyjaciół by używali maili, for internetowych itp., co pozwoli na odłożenie rozmów na planowane sesje zamiast wymagać twojej uwagi teraz, tym łatwiej będzie ci wykroić te dwadzieścia minut. Oczywiście, załatw rozmowy – tekstowe, głosowe, wideo – kiedy trzeba, ale zostawianie IM [gg raczej, w naszych warunkach – hevs] włączonego jest jak siadanie do pracy po powieszeniu ogromnego napisu „ROZPROSZ MNIE” nad biurkiem, takiego, który świeci wystarczająco jasno, by być widzialnym dla całego świata.

Prawda, prawda, chociaż czasami opowiedzenie jakiemuś nieszczęśnikowi swoich problemów (z pisanym aktualnie fragmentem rzecz jasna) wcale nie jest takie złe dla myślenia ;) Generalnie: bez neta jakoś mi nerwowo, ale z gównianym netem na którym prawie nic nie działa jakoś bardziej komfortowo ;)

Nie twierdzę, że wynalazłem te techniki, ale są tymi, które uczyniły dla mnie XXI wiek przyjemnym.

Wszystkie cytaty z Cory Doctorow, Writing in the Age of Distraction, http://www.locusmag.com/Features/2009/01/cory-doctorow-writing-in-age-of.html, tłumaczenie moje.

NaNoWriMo

No więc tak: wymagałoby to pisania 2000 słów dziennie. To trochę więcej niż pół godziny, przy moim niezbyt wygórowanym tempie walenia w klawę. Więc jest to fizycznie wykonalne bez najmniejszych wątpliwości. Nawet jeśli jednego dnia ma się zajęcia 12 godzin, to można bez problemu nadrobić choćby w weekend.

Problem leży gdzie indziej. Mianowicie:
– Wen. Robi co chce. I raczej go nie ma niż jest. Inna sprawa, że NaNoWriMo ma właśnie uniezależniać od tego paskuda. I póki wen siedzi za uchem, chociaż nie ma na przykład pomysłu, to jest nawet ok. Tylko że jak się nie ma siły nawet posta na forum napisać dłuższego niż zdanie, albo w ogóle się nie ma siły nic napisać, no to cała sprawa wygląda zupełnie inaczej.
– Pomysł. Mam ich oczywiście masę. Tylko połowa jest za trudna a druga połowa za głupia. Na te kilka wykonalnych wen wypina się dupą.
– Brak Warunków. Ten brak warunków, to jest chyba mój największy problem. I owszem, zawsze potrafię jakiś wymyślić. Po prostu mną trzęsie, jak ktoś mi patrzy przez ramię kiedy piszę. Jakikolwiek hałas i wen idzie do kąta. Tak, myślę przy muzyce. Piszę w ciszy. To znaczy pisałabym, gdybym miała taką możliwość a ta zdarza się tak rzadko, ze prawie nigdy. W domu na pewno nie, bo tu zawsze ktoś ogląda telewizję, a trudno się odizolować, kiedy nie może się pisać, gdy ktokolwiek jest w pokoju (ledwo toleruję żółwia).
– Zdradliwy NAW. Wen atakuje oczywiście w najgorzej wybranym momencie. Pół biedy kiedy to jest sesja i kilka tysięcy złotych idzie się pierdolić, bo zamiast czytać Orzeszkową walczyło się z przemożną chęcią pisana scenariusza filmowego. Po angielsku. I zostało się z niczym, bo nie rozgryzło się, jak zaznaczać akcent bohaterów. A akcent był najważniejszy. Co powiecie na wigilię? :D Wen uwielbia święta! Od kilku lat nie ma szans na porządne objedzenie się zupą grzybową i pierogami, bo już w połowie śledzi Wen dostaje pierdolca i jedyne o czym myślę to zjedzenie czego trzeba, rozpakowanie prezentów (czyli powiększenie kolekcji przedmiotów z serii „nie mieliśmy pojęcia co ci kupić” – po drugiej akcji z podręcznikami chyba było widać, że jest to najlepszy sposób na zepsucie mi humoru na pół roku, więc wróciliśmy do starej strategii ubrań, których nie będę nosiła i słodyczy których nie lubię…) i wreszcie – po seansie Kevina – udanie się w okolice własnego wyra i zajęcie się pisaniem – pisaniem czegoś, na co pomysł szlag trafi następnego ranka.
– Koronowany Król Tej Sterty Atomów, Którą Nazywam Sobą: Leń. Jeśli przy jakimś tekście trzeba by się napracować, to wrzucam go do szuflady pt. za parę lat ktoś ruszy dupę i napisze coś podobnego. A mnie pozostanie narzekanie, ze już to kiedyś wymyśliłam. No a jak się przy jakimś nie trzeba napracować to nie jest jakiś specjalnie olśniewający pomysł, co?
– Piwo Ze Znajomymi, Których Nie Widziało Się Od Lat. To nie jest śmieszne. Ja nie wiem, czego oni dodają do piwa w Ploretaryacie (no ale poza wodą z czegoś się jednak składa -> kolor), ale wyżera Wena całkowicie. Na całe tygodnie. A do tego jest niesmaczne i w ogóle nie ma procentów.

Ponadto, w związku z tym, ze tak małą ilość pomysłów decyduję się w ogóle podjąć, no to nie lubię ich marnować. A że nie potrafię poprawiać tekstów bardziej niż robiąc prostą korektę, no to pisanie bez Wena (które jest w moim wykonaniu zaiste koszmarne) jest po prostu marnowaniem czegoś, co – łudzę się – być może w innych okolicznościach udałoby mi się strawnie napisać.

Tak, Wen nadszedł, więc jestem koszmarną zrzędą. To znaczy: nadszedł. Chyba jeszcze nie nadszedł tak totalnie, ale mniej więcej jestem żywa, wredna i gotowa do pisania jak za starych dobrych czasów, bo zabrałam się na przepisywanie „Brzytwy”. Powinnam wrócić do tego, co robiłam w liceum – wtedy kiedy kończyłam jedno opowiadanie i zaczynałam następne. I pisałam ciągle, wszędzie i bez przerwy. Czyli… pisania z kimś tekstu. Choćby i głupiego jak diabli, ale parę zeszytowych stron dziennie, lub choćby tygodniowo, chyba utrzymywało mnie w formie. A pisanie z kimś, kto podobnie jak ja musi zawsze postawić na swoim… no, nie wpływało może zbawiennie na fabułę i związki przyczynowo skutkowe (polanki&zachody słońca!), ale było w pewnym sensie rozładowujące. No i wszystkie złe pomysły lądowały w zeszycie krążącym na lekcjach pomiędzy mną a Magdą (ha! mina nauczyciela od PO, który nam kiedyś ten zeszyt zabrał – bezcenna), a nie w „poważnych” (XD Ched, pamiętasz te czasy? chociaż z drugiej strony mało co od tamtej pory napisałam. Chyba tylko Roninów i Dane’a :/ ) tekstach. No i porcyjka zwariowanego humoru Magdy dobrze robiła na Wena.

A w ogóle to mi ostatnio brak spontaniczności. Co z tego, że mam ładnie przemyślaną kulturę, imiona, języki i diabli wiedzą co jeszcze, jak mnie to tylko ogranicza? Chce jak kiedyś wymyślać wytłumaczenia, jak ktoś przypadkiem zauważy dziurę X< Szczególnie, ze problemem dobrych rzeczy jest to, ze nikt nie docenia tego, ze są dobre. Sama tego zazwyczaj nie robię. Jest dobrze i tak powinno kuźwa być.

Chociaż z drugiej strony nikt tych tekstów nie czyta, więc co za różnica?

Kącik małego grafomana

Ponieważ nie wiem czy ten dzień był dobry, czy zły, czy w ogóle był jakiś, to dzisiaj będzie kilka fragmentów tego co sama właśnie naskrobałam. Jak Wen się odezwał, to trzeba go trochę tego, pogłaskać. Bo mnie znowu kopnie w dupę i se pójdzie w diabły. A tego przecież nie chcemy, bo skończenie „Brzytwy” niedługo urośnie do jakiegoś życiowego celu. Takiego, do którego się dąży. I nic poza tym. Szczególnie, że nagle się okazało, że to co jeszcze dwa dni temu było główną fabułą nagle okazało się takim jakby prologiem. I naprawdę retrospekcjami, a główna intryga, która jak na razie istniała w fazie szczątkowej postanowiła cokolwiek przyoblec się w ciało i z radosnym okrzykiem (podejrzewam, że niecenzuralnym) rzucić się w odmęty poza miejscem, w którym padło sakramentalne zdanie (którego tu nie napiszę :P ) za którym podążał napis „KONIEC”. No. I jestem z tym dziurawym w diabły kawałkiem, a Wen już chce Gastona Ledroit, burzanów, Bractwa i innych nieprzyjemnych typów, którzy łamią Zasady. A wiadomo, jak na to reaguje Brzytwa…

- Mój brat, podobnie jak większość Flae śmiertelnie boi się tych, którzy potrafią najpierw myśleć, a potem robić.
– Bo to nienaturalne!

- Czy tu nie powinien wisieć portret ojca?
– Równie dobrze mógłbym powiesić twój. Obwieszanie ścian portretami krewnych których kazało się zabić jest w złym guście.

No :P A tak poza tym, to dobrze, że nikt tego bloga nie czyta. A nawet jeśli to i tak nic z tego nie zrozumie.

A ten dzień chyba jednak był zły mimo, że był dobry. Czy coś.

Kalendarz [by Cherryh]

When there’s a calendar, you’re not going to have things that aren’t set up, (a note several days prior), and you know where various people are at the time, which can suggest ideas, or at least make it sound as if you actually know what you’re doing

http://www.cherryh.com/WaveWithoutAShore/?p=1655

Przepraszam, że bez tłumaczenia, nadrobię jak będę miała czas (i nie zapomnę…)

W każdym razie, muszę się pochwalić :D Mianowicie ze względów różnych biorę Średniej Wielkości Białe Tabletki. Ulotka od tychże wymienia alkohol etylowy w gronie leków (!) i informuje grzecznie, że ŚWBT mogą powodować zwiększenie zawartości rzeczonej substancji we krwi (w to mi graj, poprzednie Podłużne lub Okrągłe Dzielone na Pół Tabletki w interakcji z alko zwiększały własne stężenie, co oznaczało wybór abstynencja albo zawał). No więc z okazji zlotu obaliłam pierwsze od 8 miesięcy piwko (powiedzmy, że po doświadczeniach z PODPT nabrałam pewnego asekuranctwa…). Swoją drogą chyba na czyjś koszt ^^

W każdym razie wnioski są takie:

  • 1 piwo = kilka piw
  • kacyk jest :/

Ale jakiś taki inny… otóż na tym kacyku wen zamiast rozmawiać z Cthulhu przez wielki biały telefon był całkiem żwawy i nakarmiony jajecznicą (ale bez pora :< ) odkrył w sobie niesamowite pokłady mocy, których brakowało mi przez ostatni rok – i napisaliśmy wreszcie kalendarium (takie quasi-kalendarium… no ale przynajmniej uporządkowaliśmy najbardziej podstawowe rzecz) Brzytwy.

Kacyk nakarmiony piwkiem (niedobrym :<) też zresztą poszedł w długą.

Young writers are frequently stunned to know that WHEN things happen is not really the plot. The plot is why things happen. And you can actually move events around without affecting the plot…to get a better explanation of that why.

C.J. Cherryh, http://www.cherryh.com/WaveWithoutAShore/?p=1624

Młodzi pisarze są zwykle zaskoczeni, że KIEDY mają miejsce wydarzenia nie jest tak naprawdę fabułą. Fabuła to powód dla którego rzeczy się dzieją. Tak naprawdę możesz przesuwać wydarzenia do woli bez wpływu na fabułę… by lepiej wyjaśnić to dlaczego.

Cóż. Przepraszam za nieco kulawe tłumaczenie, mam nadzieję, że nic nie pokręciłam – jak czytam po angielsku to myślę po angielsku i trudno mi wyrażać te same myśli po polsku ^^ W razie co oczywiście czekam na reprymendę.

A wracając do panny Cherryh, a raczej tego, co napisała wczoraj/dzisiaj (było około północy naszego czasu) na swoim blogu. Wiąże się to nieco z tym, jak CJ pisze. Mianowicie najpierw buduje zarys – składa się on z krótkich opisów wydarzeń, fragmentów dialogów i opisów, tego wszystkiego co akurat już ma wymyślone. Potem – i właśnie do tej fazy dotarła z pisaną aktualnie książką, kolejnym tomem Przybysza – przesuwa wydarzenia to tu to tam, żeby jak najlepiej uwidocznić to „dlaczego”. Teraz pora na autorefleksję.

Zacznę od tak zwanej prehistorii. Dziewczęciem będąc niedorosłym, a właściwie to i do niedawna, pisałam bawiąc się trochę jak czytelnik – sama nie wiedziałam dokąd mnie wen zaprowadzi. Świetna zabawa, nikt chyba nie zaprzeczy. Efekty też nie były najgorsze, jak się weźmie moje ówczesne umiejętności. Ale ostatnimi czasy zaczęłam patrzeć na pisanie inaczej (to się chyba zaczęło od Niezapominajka, a raczej od mojego powrotu do niego po kilku latach): zastawiania pułapek na czytelnika jest jeszcze zabawniejsze :D . Szkoda tylko, że czytelnik czasami jest za głupi, żeby w jakąś wpaść, tudzież zauważyć, ze siedzi na dnie wilczego dołu i znikąd pomocy… I nie chcę, żeby tutaj wyszło, że uważam wszystkich czytelników za debili, a szczególnie tych, którym się moja twórczość nie podoba. Nie, nie i jeszcze raz nie. Czym innym jest pokazanie czegoś niedokładnie, źle itd., a czymś innym… no cóż, głupota. Jeśli nie ma się uznanego nazwiska, to niestety jest tak, że przeciętny czytelnik z góry zakłada, że na żadne fajerwerki językowe, fabularne, czy w ogóle cokolwiek wybiegającego poza podstawową poprawność nie ma co liczyć.

Ale wróćmy do mnie, jestem tematem o wiele ciekawszym :] No więc… zastawianie pułapek. Chodzi mi ogólnie o to, że zaczęłam myśleć o fabule tak jak panna CJ. Może nie dokładnie od tej strony, ale faktycznie ciekawość tego co będzie dalej, zastąpiła u mnie refleksja nad tym JAK to przekazać. Pisane konspektów nadal mi nie idzie w żaden sposób, ale że zazwyczaj i tak piszę na frankensteina to wstawienie pomiędzy fragmenty jakichś informacji co teraz a co potem nie stanowiło żadnego problemu (tak powstaje Brzytwa). I na reszcie zapanował porządek. Wiem gdzie jestem, do czego zmierzam (nie mam tu na myśli po prostu zakończenia, to zazwyczaj piszę albo na początku, albo w połowie pracy, ale ogólny wydźwięk opowiadania; nie dorabiam go potem pod koniec, albo sama nie odkrywam przypadkiem co miałam na myśli – chociaż to też miało swój urok ;) ).

Wydaje mi się, ze to jakaś oznaka pisarskiego dojrzewania (to brzmi lepiej niż starzenia się, prawda?). Hm, może wreszcie będę w stanie napisać coś dłuższego (tj. powieść)? Tj. skończyć pisać… Na razie siedzę w Elim Dane’ie i to może być jakiś większy projekt (przecież tych opowiadanek można natłuc i natłuc, no nie?), w Brzytwie, i kilku innych rzeczach. No ale może w ten sposób wreszcie ruszę z Altairem?

No to zaczynamy!

Ludwik Sztyrmer żył w latach 1809-1886, był pisarzem. Jego najlepsze dzieła zebrane zostały w tomie „Powieści nieboszczyka Pantofla”, brzmi zachęcająco, no nie? Polecam, całkiem fajna, lekka fantastyka, do tego z dużym dystansem do „romantycznych fanaberii”. No i z przekazem, który winien wbić sobie do głowy każdy kto chce się parać pisaniem.

Możesz sobie nie być takim matematykiem jak Newton i chemię gorzej znać od Thenarda, ale jeśli palniesz gdzieś w powiastce, że księżyc większy od słońca, że wszystkie ciała składają się z powietrza, ognia, wody i ziemi, jeśli będziesz się dziwił temu, co sobie można objaśnić elementarną nauką, a mówić ozięble o najdziwniejszych zagadkach przyrodzenia, to każdy powieść twoją weźmie za płód żaka, który nie skończywszy szkół powiatowych, rzucił się do literatury.

L. Sztyrmer, Frenofagiusz i frenolesty [w:] idem, Powieści nieboszczyka Pantofla, Warszawa, PIW 1978, s. 248.

Widzisz pan, ja mam to uprzedzenie, że Niemiec powinien dobrze mówić i pisać po niemiecku, a Polak po polsku; tym bardziej zaś rządem tego od człowieka, co się zabiera przemawiać do publiczności głosem lub piórem; bo publiczność nie lubi spać, kiedy nie ma zamiary, nie lubi się gniewać, bo to psuje trawienie i nie kocha tych co targają za język. Co byś pan powiedział o człowieku, który be sprosił gości na bal i kazał im się bawić, nie mając innej muzyki, jak trąbę pastucha i kuchenny kocieł? Czy dziwiłbyś się, że by goście w czwał uciekli z tego balu i przeklęli gospodarza?

L. Sztyrmer, Frenofagiusz i frenolesty [w:] idem, Powieści nieboszczyka Pantofla, Warszawa, PIW 1978, s. 250-251.

Teorie w literaturze są pożyteczne tylko do pewnych granic, za którymi zaczyna się estetyczny chaos, albo kopuła, co by niezawodnie przykryła wieżę babilońską, gdyby ją ludzie byli dokończyli.

L. Sztyrmer, Frenofagiusz i frenolesty [w:] idem, Powieści nieboszczyka Pantofla, Warszawa, PIW 1978, s. 251.

Dziś namnożyło się tylu piszących, a szczególnie tylu bazgraczy, że autorstwo nie tylko straciło swoję tajemniczą powagę, ale co gorsza stanęło na równi z rzemiosłami. Niedługo okaże się zapewne potrzeba utworzenia cechu literackiego.

L. Sztyrmer, Dusza w suchotach… [w:] idem, Powieści nieboszczyka Pantofla, Warszawa, PIW 1978, s. 345.

Ale krytyka dzisiejsza jest sobie dobra, ślepowata staruszka, która chodzi po ogrodzie, zatrzymuje nad pokrzywą i nie schyliwszy się dla opatrzenia jej, mówi: „Rośnij, rośnij ziółko! Będzie z ciebie śliczny melon!” Idzie dalej i polewa blekot, ciesząc się, że jej rosną winne grona.

L. Sztyrmer, Dusza w suchotach… [w:] idem, Powieści nieboszczyka Pantofla, Warszawa, PIW 1978, s. 346.