Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ Literatura ’ Category

Filmów to bym mogła parę wymienić, ale książka…? Jak śmieję się przy czytaniu dużo, tak z pałakaniem już nieco gorzej. Nie wczuwam się bohaterów i nie przeżywam ich dramatów jakoś osobiście.  Tak sobie myślę, że chyba najbardziej pod takim względem poruszyło mnie „Kupieckie szczęście” C.J. Cherryh. To jest tak… przejmująco smutna książka. Główny bohater nie potrafi się wyrwać z traum i samotności, a ludzie w jego otoczeniu nie są w stanie go zrozumieć – bo on im się w swojej paranoi nie pozwoli zrozumieć. I wszystko się sypie z powodu nieporozumień, czego żadna ze stron nie potrafi dostrzec. I jest tak bezsilnie, beznadziejnie, strasznie i smutno.

Nie wiem, czy faktycznie płakałam kiedy to czytałam – nie wiem czy w ogóle kiedykolwiek płakałam przy książce, ale jeśli chodzi o jakieś, hm, wzruszenie, to tak – „Kupieckie szczęście”.

Kurde bele, nie mam pojęcia. Czytałam swego czasu, szczególnie na samym początku swego czytelniczego żywota (liczę od 3 klasy podstawówki, kiedy koleżanka z klasy zapoznała mnie z fascynującym przybytkiem zwanym osiedlową biblioteką), a pamięć jak miałam dziurawą, tak z wiekiem coraz gorzej…

Oczywiście przed czasami bibliotecznymi też czytałam różne rzeczy, więc pewnie odpowiedzią na dzisiejsze pytanie będzie, któraś z książeczek „Poczytaj mi mamo” (nie znoszę głośnego czytania, więc czytałam sama), albo któryś z numerów „Już czytam”. A potem to chyba jakiś „Anaruk, chłopiec z Grenlandii” czy inny „Pingwin Pikpok”. W właściwie to może „Dzieci z Bullerbyn”? Ale to dostałam na koniec zerówki chyba (albo pierwszej klasy), na pewno czytałam coś wcześniej… ale, cóż, nie pamiętam… ;)

Poważnie? Ale: poważnie? Znaczy, ok, rozumiem, ten kwestionariusz ni był pisany pode mnie, tylko tak ogólnie pod wszystkch, ale… romans? No, długo się nie musiałam zastanawiać, bo przeczytałam bodaj cztery. Jednego Harlekina, dwa tomy Greya, no i „Przmeinęło z wiatrem”. Wybór chyba jest oczywisty?
Chociaż, z drugiej strony, czy „Przmeinęło z wiatrem” w ogóle jest romansem? Jakkolwiek miłosne – powiedzmy – perypetie bohaterki są najistoniejszym elementem jej życia, tak powieść sama w sobie opowiada raczej o końcu Południa, o całym stylu życia… nie, nie, nie próbuję wyciągnąć tej powieści z romansowego getta. Jest świetna i jej klasyfikacja tego nie zmieni, po prostu się zastanawiam z perpektywy kompletnego laika, który nie ma pojęcia o gatunku – no bo co czyni romans romansem?

Wątki romansowe tudzież miłosne są obecne w większości utworów literackich i to w różnych proporcjach. Czy żeby coś było romansem musi mieć wyłącznie wątek romansowy?

Tak się zastanawiam teoretycznie. Również dlatego, że raczej nie ma sensu po raz kolejny pisać o tej samej książce.

Wydaje mi się, że te wszystkie pytania o cośtam ulubionej powieści ma na celu doprowadzenie podejmującego wyzwanie do olśnienia co jest tą ulubioną powieścią. Jakoś nie wierzę żeby mnie to przekonało, bo to jednak nie jest chyba konkurs na jakieś statystyki, no nie? To że jakaś książka się pojawi najwięcej razy nie czyni jej jeszcze najulubieńszą. Jedna z moich najulubieńszych książek jak na razie pojawiła się wyłącznie raz.

Tymczasem: ulubiona zekranizowana książka. Właściwie nie jestem pewna, jak powinnam to interpretować. Fraa uznała – jeśli dobrze zrozumiałam – że chodzi o ulubioną książkę z tych które zekranizowano. Jak dla mnie bardziej chodzi o ulubiony zestaw powieść-ekranizacja. Chociaż z drugiej strony to trochę za bardzo zaczyna mi ciążyć w stronę pytania o ulubioną/najlepszą ekranizację…

Jak już się wydało, nie oglądam wielu ekranizacji. A na dodatek, kiedy już oglądam, to okazuje się, że ekranizacja bije oryginał książkowy na głowę… no bo nie ma mowy, żebym wymieniła tutaj np. „Pierwszą krew” Davida Morella, słabiutkie powieścidło napisane przez kolesia po kursie kreatywnego pisania, co tak bardzo widać… A na podstawie tej słabiuchnej książeczki udało się nakręcić genialny film.

No dobra, trochę oszukuję tymi rozważaniami, bo bardzo szybko przyszła mi do głowy odpowiedź na to pytanie. Po prostu potem zaczęłam szukać jakiejś konkurencji dla tego tytułu, bo już była o nim mowa, więc może znajdzie się coś jeszcze…? Tylko podstawowym warunkiem ma być fajność zarówno powieści jak i filmu, a mnie do głowy przychodzą głównie fajne filmy na podstawie książek, które albo są słabe albo zwyczajnie mnie porwały. No i tak koniec końców (być może z winy mojej pamięci złotej rybki), po raz kolejny sięgamy do Margaret Mitchell i „Przeminęło z wiatrem”.

Po raz pierwszy z tematem zapoznałam się właśnie za pośrednictwem ekranizacji. Nastąpiło to stosunkowo późno (chyba w liceum…?), ponieważ „Przeminęło z wiatrem” równało się dla mnie „niesamowicie długiemu romansidłu”. To nie brzmi zbyt zachęcająco, no nie? O istnieniu pierwowzoru książkowego w ogóle nie miałam pojęcia. I po prostu kiedyś, jakoś z nudów, obejrzałam „Przeminęło…” na TCM. To była miłość od pierwszego wejrzenia.

Kiedy przeczytałam książkowy oryginał, zakochałam się w filmie jeszcze bardziej. Jest po prostu bezbłędny. Różni się nieco od książki, to pewne: mocno ograniczono wątki małżeńskie Scarlett i przede wszystkim zmniejszono liczbę jej dzieci (oraz zmieniono, o ile pamiętam, historię jej stosunku do córki, no ale to jedno z drugiego wynika). Ale poza tym? Wierniejszą ekranizacją jest chyba tylko „300”… Dobór aktorów – genialny. Szczególnie Scarlett, Melania i Ashley. Ten ostatni cierpi w ekranizacji najbardziej, bo trudno przedstawić go z zewnątrz tak, by pokazać całą złożoność tej postaci – mimo dość epizodycznego charakteru jest to chyba najważniejszy bohater powieści – ale dla kogoś kto zna powieść – ten Ashley (Leslie Howard) jest genialny. Bo jest dokładnie taki jak w książce, tylko pokazany od zewnątrz. Jest jednocześnie słabym punktem filmu i mocnym punktem ekranizacji, jeśli rozumiecie co mam na myśli.

Dość kontrowersyjne wydaje się obsadzenie w roli Rhetta Butlera Clarke’a Gable (który jak wiadomo, przez odstające uszy nie miał szans na karierę w Hollywood, hehe) – bo do książkowego Rhetta jest ni cholerę niepodobny. A jednak ani przez moment nie wyczuwa się zgrzytu (no, może poza pierwszą informacją o obsadzeniu go w tej roli… gdyby to było w dzisiejszych czasach, chyba bym padła na zawał; jestem castingową nazistką).

No i postać, którą uwielbiam – Niania. Czy wystarczy powiedzieć, że Hattie McDaniel dostała za tę rolę Oscara? O wartości tych nagród wiele by można powiedzieć (i to niezbyt dobrych rzeczy), ale fakt faktem, że jest to ważna nagroda, a przyznano ją czarnoskórej kobiecie (po raz pierwszy w historii). Ach, jak przy Oscarach jesteśmy – no to przecież z Oscarów ten film również słynie. Wspomniana Hattie McDaniel konkurowała o miano najlepszej aktorki drugoplanowej z Olivią DeHaviland (genialną w roli Melanii), a ogółem zdobył ich aż 10. Mówiąc krótko – wymiótł.

I wymiata do dzisiaj.

Zdawałoby się, że dzisiejsze zadanie jest łatwe. W końcu kto nie natknął się na książkę, która dramatycznie nie spełniła jego oczekiwań?

No…

Właściwie to ja.

Ale serio.

To znaczy, ja, jak już pisałam, staram się nie mieć oczekiwań. Skoro nie mam oczekiwań, to nic nie może ich zawieść, nie tak?

Ale nie jest tak, że absolutnie na niczym nigdy się nie zawiodłam, po prostu nie wydaje mi się, żeby któraś z tych sytuacji było jakimś wielkim dramatem, godnym umieszczania na blogach.

Do finału zakwalifikowało się troje zawodników:

„Zadra” Piskorskiego

„Gra o tron” Martina

„Dni Cyberabadu/Dom derwiszy” McDonalda.

 

„Zadra”… nie miałam co do niej wielkich oczekiwań. Zakładałam, że okaże się znośnym czytadłem. Nie okazała się. Kompletny szajs i strata czasu.

 

„Gra o tron” została mi przedstawiona jako najlepsze dokonanie fantasy… nawet ja nie mam tak złego zdania o fantasy jak fani „Gry o tron”… Ale jednocześnie bawiłam się dość dobrze przy lekturze, że głupkowate to było i pełne błędów i dlatego śmieszne, to jest insza inszość.

 

Na tytuł największego rozczarowania zasłużył jednak Ian McDonald za omnibus „Dni Cyberabadu/Dom derwiszy”. Dlaczego? Bo to co miało być główną treścią i sensem całej twórczości McDonalda czyli egzotyka, to tak na prawdę dość tanim kosztem uzyskana scenografia a fantastyka to ekstrapolacje na kilkadziesiąt lat w przód. Fabuła znikoma lub zgoła nieobecna (wyjątkiem jest powieść „Dom Derwiszy”, chociaż w niej też wszystko jest potraktowane po łebkach). Blah. Nie miałam oczekiwań a i tak się zawiodłam. To sztuka.

Ha! No muszę przyznać, że pasuje jak ulał do profilu bloga :D Dlatego zwyczajnie się powtórzę, ale, no, mam oczywistą słabość do tych treści ;)

 

Porno to jebana tajemnica życia, siostrzyczko. Jeżeli nie możesz tego przelecieć, a to nie tańczy – zjedz lub wyrzuć. Oto jebany porządek wszechświata, a jestem na samym szczycie łańcucha przelecieć-tańczyć-jeść.

Pat Cadigan, Wgrzesznicy, tłum. K. Walewski, Olsztyn, Solaris 2004.

- Jest to pewna umiejętność, podobna do umiejętności żeglarskich – mruknął ejdolos Thora. – Pochwycić w żagle wiatr Historii, gdy dmie on w twoją stronę.
– A do jakich umiejętności – zaskrzeczała Janna – podobna jest umiejętność pozwalająca obrócić się zawsze tak, żeby nie zostać przez Historię wydymaną?

Jacek Dukaj, Inne Pieśni, Kraków, Wydawnictwo Literackie 2003.

No i rzecz jasna:

Pomyślę o tym jutro.

Margaret Mitchell, Przeminęło z wiatrem

Wpis z opóźnieniem, ale wczoraj nie miałam czasu. Nie moja wina, że autobusy z Sadów jeżdżą w niedziele co dwie godziny, o! Dość, tłumaczenia się – co z tą bohaterką?

W przeciwieństwie do złych ekranizacji złych bohaterek mogłabym wymieniać całe garście (począwszy od okropnych bohaterek Pratchetta, na „Kobiecie, która dobrze czuła się tylko mogąc rozłożyć nogi” Gene Wolfe’a skończywszy). Nie chcę cię tutaj wdawać w dywagacje na temat przyczyn takiego stanu rzeczy (bo mi się spełzną feministki…). Dla mnie generalnie każda postać kobieca byłaby lepsza, gdyby była postacią męską i mam gdzieś, że przemawia przeze mnie okropny patriarchat. Piszta dobre postacie kobiece zamiast płakać, że są złe i dywagować dlaczego. Uczta na przykładach!

Czy są wyjątki? Jasne, że są. Signy Mallory („Stacja Podspodzie”, epizodycznie w innych z Unii/Sojuszu) – od trzydziestu lat fani domagają się jakiejś powieści o niej. Kapitan Sabin (z cyklu Przybysz, niestety bardzo epizodyczna). Arianne Emory („Cyteen”, „Regenesis”). Cherryh, Cherryh, Cherryh. Czy ktoś jeszcze? No raczej. Przecież jest pewna autorka, która dała nam tylko jedną powieść, ale za to powieść doskonałą. Margart Mitchell. Przeminęło z wiatrem. Scarlett O’Hara. Pozostałe wymienione panie nie mają do niej startu. Żadna postać z żadnej powieści nie ma startu do jakiejkolwiek postaci Margaret Mitchell.

Scarlett składa się z wad. Jej jedynymi zaletami są najcieńsza talia w trzech powiatach i głowa do interesów. Poza tym jest zadufaną w sobie ignorantką, przy tym niesamowicie naiwną. Jest uparta, nieczuła i za dużo pije. Przy tym wszystkim jednak… chce być dobra. Tylko jej za cholerę nie wychodzi. Ranni żołnierze są brudni i obrzydliwi, dzieci hałaśliwe, wysiłek wojenny pozbawia ją tańców i ładnych strojów oraz towarzystwa mężczyzn, a jak żyć bez grona adoratorów? Intencje Scarlett są szczere – jej uwielbienie dla matki jasno o tym świadczy – problem polega na tym, że jej wyobrażenie o pewnych sprawach (również: o matce, ale też o sobie samej) znacząco odbiega od rzeczywistości. Scarlett bardzo wiele rzeczy sobie projektuje i oczekuje, że świat dostosuje się do jej wyobrażeń – tutaj na myśl przychodzi sytuacja z drugim mężem, którego z miejsca uznała za idiotę i nieudacznika. Ona w ogóle bardzo łatwo szafuje wyrokami a każdą osobę postrzega jednowymiarowo.

Upór Scarlett i jej kompletny brak poszanowania decyzji innych ludzi ma też swoje drugie oblicze – zdeterminowana nie cofnie się przed niczym. Niesamowicie przywiązana do ziemi będzie walczyła choćby gołymi rękoma o swoją Tarę. Kiedy postanawia, że jej rodzina nigdy już nie będzie głodna – ma kompletnie gdzieś zdanie tej rodziny i po prostu zagania ją do pracy. To cecha, którą po prostu w bohaterach ubóstwiam, więc jak mogę nie uwielbiać Scarlett?

Mam dokładnie taki sam problem jak Fraa – jak do diabła mam wybrać JEDNEGO ulubionego bohatera? Z trudem mogłabym może wybrać ulubionego z jednej książki, ale tak w ogóle? Ze wszystkich? Przecież bohaterowie są różni, przecież każdego lubi się za co innego i inaczej. Czyli kogo mam opisać? Brena Camerona? Jordana Warricka? Machigiego? Tabiniego? Banichiego? Cajeiriego? Raskolnikowa? Razumichina? Fenixa? Żbika? Itkoviana? Kruszynę? Widzicie ilu wymieniłam? A ja mam pamięć złotej rybki, pewnie o dobrzej setce zapomniałam!

Dlatego zdecydowałam, że wybiorę nie „ulubionego bohatera”, ale „bohatera, którego bezwstydnie fangirluję”.

 

I’m not insane
That’s how it seems though
Spiteful cruel but wise
Beyond his age
My body fails
My soul will rise

The end of life’s immortalized disease and agony
And I see death through golden eyes
Beyond the door
There’s something more
It seems there’s just one way

On through the heat
I’ve felt the touch of evil
I still feel the icy claw in me

For a decent price
I’ve banned kindness from my heart
The spirit of all truth and beauty
Pawned for my desire

And from the flames
As chance would have it
the soulforged will come into light
And from the flames as chance would have it
The soulforged,
The stainless will rise

I will never change my mind
I will leave it all behind

And through the hour glass
Everything’s grey
Everyone’s pale
No colour nor beauty will enlighten my heart
The seat of life’s empty and cold
Cadaverous you all seem to me
Stillborn but you’re still alive
You’re still alive

Truth lies in loneliness
When hope is long gone by
I’ll wipe out the bliss of the new age
And welcome you precious night

And from the flames
As chance would have it
the soulforged will come into light
And from the flames as chance would have it
The soulforged,
The stainless will rise

From a distant time
Voices echo in the hall
„Come and join us
Enter life and everything is gone now”

And through the looking glass
I still fear mortality and its loss in the end
Unlimited power in my hands
The claw of the dragon ascends
„Mourn for his lost soul
He’s cursed and condemned”

Each step I take
May it hurt may it ache
Leads me further
Away from the past
But as long as I breathe
Each smile in my bleak face
I’m on my way to find
Back to the peace of mind

And from the flames
As chance would have it
the soulforged will come into light
And from the flames as chance would have it
The soulforged,
The stainless will rise

I will never change my mind
I will leave it all behind

Blind Guardian, Soulforged (z płyty “A Night at the Opera”)

 

Dzisiaj będzie o Raistlinie Majere, a zacznie się od pewnego wyznania, które może się niektórym wydać nieco szokujące. Otóż ja, naczelna hejterka złej fantasy mam zamiar napisać o złej fantasy. Śliniąc się i rzucając na wszystkie strony brokatem. Mianowicie będzie o… Dlagonlance. Tak, o Dragonlance. O serii powieści do RPG. Czy może być gorzej? Cóż, zapewniam was, że może. Ba! Byłoby cudownie gdyby było tak jak w DL. Zaznaczę od razu na podstawie czego i o czym będę pisała: cztery tomy „Kronik”, trzy tomy „Legend” i dwa tomy „Kronik Raistlina”. Coś tam czytałam jeszcze, ale to były takie fanfiki. „Kroniki” i „Legendy” napisali Margaret Weis i Tracy Hickman (aktualnie Rebis wydaje ich serię „Dragonships”, popełnili też coś z mieczem mroku w tytule), pierwszy tom „Kronik Raistlina”, „Kuźnię dusz” (to jest ten moment, w którym należy pokojarzyć cytat z tego wpisu) popełniła sama Weis (i, och, jakie to było cudowne), przy drugim, „Towarzysze broni” wspomógł ją Don Perlman (mam nadzieję, że nie pokręciłam nazwiska, nie chce mi się ryć na regale ^^ ). Ach, no i jeszcze jedna rzecz – <b>notka zawiera okrutne spoilery, w tym dokładne streszczenie fabuły ze szczególnym uwzględnieniem zwrotów akcji</b>.

Serię Dragonlance zapoczątkowały „Kroniki”, czyli – w założeniu – przykładowy scenariusz do rozgrywki w nowym systemie. W pierwszym tomie widać to bardzo, bardzo, bardzo, dlatego szczerze polecam rozpoczęcie czytania od drugiego. Mamy drużynę, mamy zadanie, które tąż drużynę zmusza do wędrówki na drugi koniec świata, a w między czasie zahaczymy o różne różniste miejsca – będzie Moria, będzie Helmowy Jar, będzie Gondor (tu wdzięcznie nazwany „Palanthas” XD )… Tak, dobrze czytacie: Kroniki (a w każdym razie pierwsze trzy tomy, czwarty to taki dopisek, którego akcja dzieje się po 20 latach) to plagiat „Władcy Pierścieni”. I to nie jest tak, że się czepiam drobnych podobieństw. Różnice dotyczą jedynie tego, że kolejność niektórych wydarzeń jest zamieniona i prawdę mówiąc do dzisiaj mi się wszystko kręci na linii Tolkien/DL. (Jest na przykład jedna scena ze Smoczą Kulą – taką tam podobną miał Saruman np. – która chyba nie ma odpowiednika w LOTRze, ale ja wciąż mam wrażenie, że to scena z LOTRa _^_ ). I ty się wciąż tym jarasz? – zapytacie. Jaram się, a to z prostego powodu: Już w pierwszym tomie sztampowy scenariusz pisany na czas za piniondze nędzne zaczął się wymykać spod kontroli. Świat zaczął żyć, a przede wszystkim zaczęli szaleć bohaterowie. Jeden bohater. Raislin Majere.

Duet Weis i Hickman bardzo cenię za postaci. Genialne postaci. Raislin jest oczywiście majstersztykiem, ale i innym niczego nie brakuje (poza Tanisem Półelfem, który jest chujowy-jak-cholera i wkurwiający-jak-diabli. I oczywiście jest czymś na kształt głównego bohatera…). Weis i Hickman mają dar do brania sztampy, cudzych pomysłów, kiczu, schematów – i… no właśnie nie wiem jak to nazwać. Oni po prostu podchodzą do kwestii niestandardowo. Mamy choćby rycerza bez skazy, który okazuje się… ani nie jest rycerzem (! zbroję ma po ojcu, załatwić ślubów zakonnych jakoś nie miał czasu), ani jak się potem okaże (kiedy jego progenitura zacznie siać mord i zniszczenie – ale to po matce) w czystości takiej, ślubowanej pewnej pięknej księżniczce nie dochował… Mamy tępaka, który nie jest taki głupi, tylko po prostu wolno myśli, mamy małego, irytującego palanta, który jest naprawdę zabawny. I mamy Riastlina, który nie tylko jest niesamowitą postacią, ale to jak odnoszą się do niego bohaterowie-bez-skazy pokazuje jak bardzo są ludzcy, paskudni i uprzedzeni. A to wszystko – napiszmy od razu – bez silenia się na sram-realizm. Po prostu, choć bohaterowie są wyraziści, to nie są jednowymiarowi.

Raistlin jest magiem. Od samego początku inni członkowie drużyny odnoszą się do niego z niechęcią i strachem, przekonani, że zaraz wbije im nóż w plecy. No a jak nie nóż, to ten swój kostur i jakieś wredne zaklęcie. Raistlin, którego każde słowo wręcz ocieka sarkazmem, raczej nie walczy z tymi przekonaniami. Tego przedwcześnie posiwiałego (ma jakieś 27 lat o ile pamiętam) suchotniczego chudzielca, o złotej skórze i źrenicach w kształcie klepsydr (wszystkie trzy to klątwa, która na nim ciąży, nie lans) ciągną ze sobą tylko ze względu na jego brata bliźniaka – przypakowanego przystojniaka Caramona. Caramon nie błyszczy intelektem (ale nie jest też idiotą, raczej wszystko mu zajmuje trochę więcej czasu, ale jak już coś wymyśli, to jest całkiem sensowne), laski na niego lecą i wszyscy go lubią. Ach, no i Caramon jest wręcz rozkochany w swoim braciszku i zdaje się kompletnie nie zauważać tego, co widzą wszyscy inni – Raistlin Caramona pasjami nie znosi. Ich relacje to w ogóle odbicie relacji Raskolinkow-Razumichin, gdyby byli w okolicy jacyś fani ;) . Swoją drogą – to moja ulubiona literacka przyjaźń, co zresztą widać…

O Raislinie słów parę, czyli fragment biograficzny. Raist i Caramon urodzili się w zapyziałej wiosce na zadupu (a jakże ;)). Caramon był zdrowy i silny, ale Raistlina od razu spisano na straty. Jedyną osobą, która się uparła, że dzieciaka uratuje była ich starsza przyrodnia siostra, Kitiara. Kitiara jest o tyle ważna, że to chyba jedyna osoba, która rozumie Raista, no i to kolejna perełka duetu Weis i Hickaman – Kitiara jest najemniczką, żyjącą w myśl zasady „kłam, oszukuj, kradnij, świat przymknie oko na te występki, ale świat brzydzi się tchórzami” (tyle powiedział jej ojciec zanim poszedł w długą i słuch po nim zaginął), a w czasie akcji Kronik wylądowała po… ciemnej stronie mocy. I to bynajmniej nie dlatego, że jest Potwornie Zła albo Porządnie Szalona. Po prostu ciemna strona mocy ma ciastka (władza, fajna bryka… znaczy fajny smok… ej, niebieski był…) i to Kitiarze, której moralność streszcza powyższy cytat, odpowiada. Kitiara zresztą, odchowawszy braci, też gdzieś znika i dzieciaki zostają same. I tak oto chudy, schorowany, zbyt inteligentny jak na zapyziałą wiochę Raistlin dorasta sobie, cokolwiek prześladowany przez rówieśników a już na pewno nielubiany, w cieniu zdrowego, przystojnego, uwielbianego przez wszystkich niezbyt lotnego brata. Fakt, że jest to brat bliźniak też nie jest bez znaczenia – Raistlin widzi jaki mógłby być, jaki byłby, gdyby nie jego najcenniejszy skarb: magia. Raist zaczyna się uczyć na maga i idzie u dobrze. W końcu jest na tyle wykształcony, by móc udać się do Wieży Wysokiej Magii i zostać poddanym Próbie.

Próba Raistlina to taka wielka tajemnica z „Kronik” i „Legend”. Różni bohaterowie o niej wiedzą, wspominają, rzucają aluzje i ostrzeżenia, ale wiemy jedynie że w czasie taj próby stało się coś strasznego, a Raist wrócił z niej przeklęty. Tu wracamy do niecodziennego wyglądu naszego bohatera. Siwe włosy, to wynik wysiłku, nasz bohater po prostu przedwcześnie posiwiał (i to jest siwizna siwizna, nie Zajebista Siwizna a la Eli Dane :P ), złota skóra i źrenice w kształcie klepsydr to już większy hardkor – rzeczona klątwa właśnie. Otóż Raislin został ukarany tym, że… widzi przyszłość. Ale nie jakąś tam przyszłość, w sensie wizji, wydarzeń itd. – Raistlin widzi śmierć i rozkład. Wszystkiego. Zawsze. Tak gdzie inni widzą biuściastą blondynę, on widzi rozkładającą się staruchę z której odpadają płaty gnijącego mięsa. Słodko prawda? Ale dlaczego, skąd, jak?

Wyjaśnię może najpierw o co się rozchodzi z Próbą i na czym to polega. Magowie w świecie DL dzielą się na trzy zakony – białych szat, czerwonych szat i czarnych szat. Dobro, neutralność i zło (wow. tak oryginalnie.). Czerpią oni moc z odpowiednich księżyców – a są właśnie trzy, w oczywistych kolorach. Biała magia to właściwie tylko uzdrawianie, czerwona jest nieco lepsza, ale tak naprawdę porządne możliwości oferuje dopiero czarna – z tym, że no, nie jest to miła i puchata magia (a można korzystać tylko ze swojego koloru). Aby zostać takim, no, oficjalnym magiem trzeba przejść Próbę. Próba polega na tym, że na delikwenta rzuca się iluzję (on nie wie oczywiście, że to iluzja) i cóż, patrzy co zrobi w danej sytuacji. Kiedy Raistlin przybył do WWM, Mistrzowie wyczuli w nim zarzewie zła (Raist był sfrustrowany, zadufany w sobie i pełen pogardy dla świata, serio, nie wiem, czego innego oni się po nim spodziewali…), więc postanowili przetestować Raista pod kątem uczuć międzyludzkich itp. W czasie próby odebrali mu to co kochał najbardziej – jego magię. I dali ją jego głupiemu bratu. I byli bardzo zdziwieni, że Raist Caramona zabił… Naprawdę Magowie nie błyszczeli intelektem, ale potem było tylko lepiej! :D Otóż, uznali, że Raist jest talentem jakich mało i jakoś trzeba go naprostować, więc… werble… WERBLE!!! bo to jest najcudowniejszy kawałek tej historii… więc Riasta przeklęli, dowalając mu gruźlicę oraz opisaną wcześniej klątwę. Bo przecież jak mamy niekochanego frustrata, to żeby pozostał po naszej stronie dowalamy mu traumą, chorobą i klątwą. I oni serio byli zdziwieni, że on ich jakoś nie lubił :D Po prostu kocham Weis i Hickmana za takie kawałki.

Raist, cóż… trudno się dziwić, że doszedł do wniosku, że świat jest cholernie niesprawiedliwy. I tak, owszem, postanowił to zmienić. Ale od początku… Wspominałam wcześniej, że w pierwszym tomie Kronik jest coś, dla czego warto w ogóle go przeczytać, chociaż poza tym jest po prostu koszmarny. Mianowicie wątek krasnoludów żlebowych, tutaj głównie komediowy, ale w szerszej perspektywie bardzo ważny dla Raistlina. Krasnoludy żlebowe, to najgorszy, najbardziej zdegenerowany i najgłupszy gatunek krasnoludów. Są małe, brzydkie, brudne i głupie. Żałosne i godne pogardy. I tak właśnie odnoszą się do nich nasi Wspaniali Bohaterowie Bez Skazy. Wyjątek stanowi oczywiście Raistlin, który – choć nie omieszka wykazać się interesownością i przyjąć paru „błyszczących kamyków dla miłego pana w czerwonych szatach” – jako jedyny zdaje się po prostu nie brzydzić gospodarzy. To swego rodzaju reakcja obronna, jakaś pewnie manifestacja, choć nie można odmówić szczerości jego uczuciom. Raist jest świadomy, że ma tę przewagę nad krasnoludami żlebowymi, że jest cholernie inteligentny – i jest nienajgorszym magiem. Poza tym, znajdują się na tym samym poziomie pogardy pomieszanej ze współczuciem. To jest ten moment, w którym okazuje się, że Raistlin potrafi być miły. Bupu – krasnoludzica, której tak bardzo spodobał się Raistlin (nic zresztą dziwnego, skoro był jedyną osobą, która kiedykolwiek była dla niej miła…) – pojawi się jeszcze wiele razy, stając się niejako symbolem całej niesprawiedliwości świata.

A skoro świat jest niesprawiedliwy, trzeba coś z tym fantem zrobić. No, zazwyczaj taki młody człowiek dochodzi do fatalnych wniosków rodem z „Kapitału” i robi masę szkodliwych głupot. Na Krynnie Marksa nie mieli, a w dodatku Raistlin miał nieporównanie większe możliwości… no i generalnie nie rozpatrywał niczego w kategorii klas tudzież warstw społecznych. W ogóle w kategorii społeczeństwa. Raistlina obchodzi tylko moc, magia. Tak swoją drogą, Raistlin przeszedł na ciemną stronę tylko dlatego że oferuje ona większe możliwości (które wykorzystał m.in. do tego, żeby… zdradzić ciemną stronę i umożliwić zwycięstwo tej jasnej). W rzeczywistości pozostaje cały czas neutralny (chaotyczny… ale neutralny). Niemniej, pragnąc mocy, Raistlin układa Plan. Ważne jest to, że nasz bohater zawsze był dokładnie świadomy swoich możliwości. To rzadka cecha u kogoś tak ambitnego, przyznacie. Wiedząc więc, że nie ma co się porywać z motyką na księżyc, wynajduje kogoś, kto mógłby to zrobić. Tym kimś jest Fistandantilus, najpotężniejszy mag w historii (co łatwo stwierdzić po tym, jakie debilne ma imię, co?), który próbował zrobić to co ma zamiar zrobić Raistlin, ale mu się nie udało. Problem polega na tym, że koleś żył setki lat temu. Streszczając się – Raist cofa się w czasie, zajmuje miejsce Fistanantilusa i wierzy, że jemu się uda. A o co dokładnie chodzi? Cóż, władza nad światem jest dla lamerów. Raist postanowił zostać bogiem ;]

Do tego celu potrzebuje wojownika (który stanie się odpowiednikiem historycznego wodza, który towarzyszył Fistandantilusowi), który poprowadzi jego armię oraz Dziewiczej Kapłanki Dobra, którą będzie można złożyć w ofierze. Wojownikiem zostaje oczywiście bliźniak Raista, Caramon (którego wcześniej trzeba jeszcze wysłać na odwyk, bo jakoś tak wyszło, że skończył jako gruby alkoholik), a co do Dziewiczej Kapłanki Dobra… Poznajcie panią Crysanię. Dziewiczą Kapłanką Dobra jest ona w sposób jak najbardziej dosłowny, piękną, bladolicą, z czarnymi kręconymi włosami, szlacheckim rodowodem i zerowym pojęciem o świecie. Dowiedziawszy się, że istnieje coś takiego jak bieda, rzuciła wystawne życie, i wstąpiła do zakonu, by móc pomagać potrzebującym. I ona naprawdę taka jest – konsekwentnie bezgranicznie naiwna, a do tego ma tendencję do uproszczeń. Wierzy głęboko, że bóg postawił Raistlina na jej drodze, żeby poddać próbie jej wiarę, i kiedy okazuje się, że Raist to taki suchotnik ledwo żywy jest wyraźnie zawiedziona. Niemniej, jak na Dziewiczą Kapłankę Dobra przystało, kiedy spotyka Złego Maga, w krótkim czasie dostrzega w nim Puchatego Króliczka [(c) Kruffachi] i postanawia mu pomóc. W końcu w każdym jest dobro prawda? Raistlin, który ma niemałe zacięcie aktorskie, tylko ją w tym przekonaniu umacnia (świetnie się przy tym bawiąc) i im dalej w las, tym bardziej zaczyna Crysanię uwodzić. Ważne, żeby pamiętać, że Fistandantilus nie został przeklęty, więc Raist w przeszłości ani nie widzi tylko rozkładu (a Crysania to niezła laska jest), ani nie wypluwa sobie płuc, ale na dodatek – spójrzmy na brata bliźniaka – jest też właściwie niezłym ciachem. I tak oto pojawia się mój absolutnie ulubiony moment.

Dylemat Raistlina.

Bzyknąć pannę, czy zostać bogiem?

Tak, dokładnie tak. Do rytuału potrzebna mu była Dziewicza Kapłanka Dobra, więc… cóż…

„Legendy” po dość ospałym początku, nabierają tępa. Najpierw Caramon, po raz pierwszy w swoim życiu odkrywa, że jego brat jest chujem. I właśnie wtedy, kiedy jest Raistowi cholernie potrzebny przeżywa prawdziwie nastoletni bunt (inna sprawa, że zupełnie uzasadniony). Kiedy już Raistlin/Fistandantilus upora się z tym problemem pojawia się kolejny, tym razem stanowiący clue rozgrywki: jak do diabła właściwie zmienić historię? Bo historia wcale zmieniać się nie chce i mimo działań Raistlina, wszystko przebiega ku takiemu samemu zakończeniu jak w oryginalnej linii czasowej. Do tego Raistlinowi zaczyna się całkiem podobać życie w ciele, które jest zdrowe i laski na nie lecą, no i ta nieszczęsna Crysania tak mu się pcha do łóżka…

Co jeszcze lubię w Raistlinie? Zakończenie tej historii. Mianowicie to, że Raistlinowi się… udaje. A raczej, w kluczowym momencie ma okazję zobaczyć jak to się wszystko potoczy: on zostanie bogiem, a ze świata zostaną zgliszcza. Raist stwierdza, że on w takim razie podziękuje… zostaje uwięziony w Otchłani (no ba, w końcu to fentezi, nie?) do czasu, aż w 4 tomie „Kronik” nie pojawi się jakiś lachon i nie zacznie mu wmawiać, że jest jego córką…

 

Jak jasno widać z tego wpisu, bezwstydnie fangirluję Raistlina. Swoje wytłumaczenie zawarłam powyżej, zapewniam jednak, że mogę tak godzinami.

Teoretycznie dzisiejsze wyzwanie jest banalnie proste. Internet pełen jest hejtu na złe ekranizacje. Ba! Generalnie panuje powszechne przekonanie, że ekranizacje z nasady są złe i co najwyżej istnieją jakieś nieliczne wyjątki – a i z nimi jest jak z yeti (tu powstrzymuję się przed dowcipaskiem o nowej skodzie).

No i… nawet nie wiem jak by to…

Nie znam żadnej złej ekranizacji. Oczywiście w zestawieniu pomijam polskie filmy oraz te filmy, których pierwowzorów nie czytałam.

Może ja po prostu czytam bardzo niszowe książki, bo zwyczajnie, no… no nie. Mogę wymieniać i wymieniać dobre ekranizacje i ekranizacje lepsze od oryginałów. Ale w drugie mańkię? Ni cholery.

Dlatego dzisiaj trochę oszukam. Bo książki nie czytałam, a z filmu wybiegłam z krzykiem po jakichś 5 minutach. Sądzę jednak, że poziom ekranizacji, a także to, że moja siostra zawsze zaczyna się kołysać w przód i w tył, kiedy wróci myślami do tego koszmaru (obejrzała całość i czytała książkę) uzasadniają takie odstępstwo od zasad hejterskiej etyki.

 

Oto przed państwem…

Amerykanin Sinuhe! A, nie, moment EGIPCJANIN Sinuhe.

 

Ten film jest tak zły jak jego plakat. Nie, nie sugerujcie się fajnością dawnych filmów historycznych.

 

Soł Edżyptian, isn’t it?

 

Dodajmy, że w fabule nie zgadza się absolutnie nic, a wszystko wieje… czystym złem. Dla widzów o mocnych nerwach.

Ha! Banał. 8) C.J. Cherryh.

Po prostu jak usiadłam, to bez wahania napisałam to powyżej i… i właściwie tyle. Nawet nie chodzi o to, że spadła na mnie jakaś niemoc twórcza, po prostu nie wiem jak Cherryh przystępnie opisać. Czy w ogóle trzeba. A jak trzeba, to o czym pisać, co pominąć, jak ułożyć argumenty?

Zrobić z tego wpis encyklopedyczny? Czy swoją własną refleksję na temat? Ale to autorka, którą mało kto w Polsce zna – choć jej książek wydano u nas zaskakująco dużo! – co komu przyjdzie z moich szczegółowych rozważań?

Postanowiłam pocukrzyć.

Cherryh zdobyła trzy nagrody Hugo. Dwie za powieści: „Ludzie z gwiazdy Pella”/”Stacja Podspodzie” (<= ten drugi tytuł zgodny z oryginalnym) i „Cyteen” oraz opowiadanie „Cuckoo’s Egg”. Pierwszą z tych powieści wpisała się (gdzieś czytałam, ze w ogóle zapoczątkowała, chociaż to raczej byłą ogólna tendencja początku lat 80.) w nurt, który pozwolił zaklasyfikować space operę do grona science fiction i wyciągnął opowieści dziejące się w kosmosie z dziury wstydu, gdzie spoczywała razem z operą mydlaną i końską (właściwie nie wiem, czy horse opera doczekała się polskiej nazwy… chodzi o bardzo złe westerny).

W swojej twórczości (ponad sześćdziesiąt powieści) skupia się na tym jak środowisko wpływa na kulturę, a kultura – na wszystko inne. Dobrze pokazuje to „Stacja Podspodzie”, gdzie bohaterów, a jednocześnie strony konfliktu podzielić można na:

– kupców, którzy żyją na swoich statkach w dużych grupach rodzinnych – cenią sobie wolność

– stacjonerów (nie jestem pewna, jak są tłumaczeni na język polski), którzy mieszkają na stacjach i są dlatego skłonni do poświęceń w imię dobra ogółu, a nade wszystko cenią spokój

– piratów, a w rzeczywistości ziemską flotę, tak zwaną flotę Maziana – skomplikowana sprawa, najogólnej mówiąc, żołnierze, na których własne państwo się wypięło, kiedy uznało, że dyplomacja będzie lepszym rozwiazaniem

– Ziemię – Ziemski rząd nie dopuszcza do siebie myśli, że ktoś może chcieć się wybić spod ich władzy na niepodległość.

– Unię – w tej akurat powieści to zwyczajne ZSRR, ale w kolejnych z cyklu bardzo się rozwija ;)

Akacja skupia się na zabiegach dwóch pierwszych grup o ŚWIĘTY SPOKÓJ wobec konfliktu większych i silniejszych – zabiegach zupełnie innego rodzaju. Stacjonerzy są ulegli i skłonni do ustępstw bo takich ludzi tworzy mieszkanie w zamkniętym, delikatnym środowisku. Musimy zwiększyć gęstość zamieszkania i dzielić kwatery z kimś zupełnie obcym…?

 

Kupcy z kolei na swoich pokładach uznają tylko własne prawo. Wolność jest dla nich wartością najwyższą i nie chcą słyszeć o kompromisach – bo takie jest ich życie: latają z miejsca na miejsce i ich domem są pokłady ich statków i wielka rodzina na którą zawsze mogą liczyć. Podstawą ich egzystencji jest właśnie pozostawanie w ruchu.

To prosty przykład, ale wydaje mi się, że dobrze obrazuje o co chodzi. Drugim zagadnieniem często pojawiającym się w twórczości Cherryh jest kwestia porozumienia – między społeczeństwami, ale i między gatunkami: zainteresowana językiem pokazuje jego niewystarczalność i ograniczoność (tu się kłania semantyka kulturowa).Do tego Cherryh nie jest pisarką… innowacyjną. Nie wymyśla absolutnie fantastycznych światów, gdzie działają inne prawa fizyki. Jej główną metodą twórczą nie jest egzotyzacja. Można nawet powiedzieć, że wręcz przeciwnie.

Cherryh lubi brać historie oklepane. Lubi wychodzić od stereotypu, od tropu, wziąć elementy, które wszyscy już wykorzystali, ale nikt nie zrobił tego dobrze. Koronnym przykładem jest tu cykl „Chanur” (nie tłumaczony na polski). Z bardzo stereotypowego punktu wyjścia – wszechświat podzielony między wiele inteligentnych, głównie humanoidalnych ras – dąży konsekwentnie stosując wszędzie logikę psychologii i socjologii, obdarzając poszczególne rasy charakterystycznymi cechami związanymi z miejscami, z których pochodzą, osadzając ich głęboko w kulturach. Czy wystarczy, że powiem, że „główny zły” przegrywa z kretesem, bo jego kultura nie zakłada możliwości złożenia fałszywej przysięgi i nie jest w stanie wyrwać się spod tego przekonania?

Albo „Paladyn” (Cherryh nie wymyśla tytułów swoim książkom. SZKODA) – historia oparta na motywie znanym z chińskich filmów z lat 70. (i szerzej z tej kultury w ogóle) – w państwie przypominającym Chiny dynastii Tang (czujecie zasadność tytułu, ha?) rozgrywa się klasyczna opowieść o mistrzu i niechcianym uczniu – tylko tym razem Cherryh robi to na serio. Mistrza boli kolano, dawno ni ćwiczył i po prostu się starzeje. Uczeń gówno umie, ale się wyrywa do walki – i to nie kończy się dobrze.

W cyklu „Fortec” (klasyczny motyw wybrańca… tylko na serio), kiedy bohaterowie szykują się na wojnę, najbardziej zaprząta ich zaopatrzenie, miejsce na rozbicie obozu i gospodarcze konsekwencje konfliktu (tak bardzo nie Martin ::) ).

Taki prosty ale konsekwentny realizm w najprostszych sprawach. Nie, w żadnym wypadku nie „historie prawdziwe”. Cherryh nie obala mitów i nie dekonstruuje tropów. Cherryh po prostu robi wszystko dobrze i na serio. Tak jak trzeba.

To nie jest science fiction z naciskiem na naukowość nauk ścisłych (chociaż i bzdurzenia nie ma) – raczej na językoznawstwo, socjologię, antropologię kulturową, psychologię. Oraz dyplomację. U Cherryh akcji nie ma wiele – akcji w sensie biegania i strzelania, chociaż to zależy oczywiście od konkretnej powieści. Jest za to mnóstwo dyplomacji. Dziadów siedzących przy stole i decydujących o losach świata. Negocjacji. Walki na słowa.

I jeszcze jedno – bardzo rzadko i zdaje się głównie we wczesnych utworach pojawiają się strony jednoznacznie dobre i jednoznacznie złe. Ponieważ „racja” wynika z kultury i sytuacji politycznej – każda ze stron może mieć swoją „rację”, nie tak?

Takie to wszystko oczywiste: a jednak nikt o tym nie pamięta.

W dodatku Cherryh jest autorką wyjątkowo wrażliwą na język co pozwala jej nie na spektakularne neologizmy (te mają czysto utylitarne funkcje), ale na zróżnicowanie językowe bohaterów do stopnia, w którym pozostając całkowicie w obrębie angielszczyzny bez problemu przedstawia języki obce. Niesamowite. To po prostu trzeba przeczytać (w oryginale, po polsku umiera tragiczną śmiercią).

 

No, tom się rozpisała, kończę ;)