Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ Literatura ’ Category

Rok się kończy, pora na podsumowanie. Kiedy tak spojrzałam na listę przeczytanych (chwała Goodreads!) to zamarłam na chwilę z niedowierzania. Nie nawet dlatego, że jakoś specjalnie dużo – 52 książki uważam za przyzwoite minimum – ale dlatego, że mam trudności z uwierzeniem, że to czy tamto było zaledwie na początku tego roku. Czytelniczo było dobrze, ze wskazaniem na bardzo dobrze. Miejscami po prostu genialnie.

Początek w ogóle był tak dobry, że zaczynałam poważnie zastanawiać się nad podbiciem wyzwania do 100 książek, potem jednak kombinacja koszmarnie złej książki i nawału pracy sprawiła, że moja przewaga stopniała aż wpadłam na metę tuż przed limitem czasu. Czuję jednak, że po długich latach czytelniczej posuchy te 52 książki przeczytane na czas to też duże osiągnięcie. Ukończyłam moje małe Tour de France.

 

Najlepsza książka roku 2016

Są lata, w których wybór książki najlepszej nastręcza problemów (ale co to są za cudowne problemy!) – w tym, nie mam najmniejszych wątpliwości. Przeczytałam dużo dobrych książek, ale jedną naprawdę, naprawdę piękną. „Deathless” Catherynne M. Valente pozamiatał konkurencję, a nawet samą autorkę, bo inne jej powieści w porównaniu wydały mi się zwyczajnie trochę meh.

 

Najgorsza książka roku 2016

Na pięćdziesiąt dwie książki przeczytane w tym roku naprawdę słabe były tylko trzy. Nie czytałam w tym roku wyłącznie wybitnej literatury – mam na liście i Chucka Tingle i Andre Norton – jest też parę książek, które mi się zwyczajnie nie podobały, ale albo nie mogę im specjalnie niczego zarzucić, albo mimo słabości („Nethereal” Briana Neimeiera) i tak mi się podobały z tego czy innego powodu, chociażby dostarczając prostej rozrywki (Tingle…!). Po eliminacji tego, co mi się nie podobało oraz tego co mi się podobało mimo obiektywnych słabości, lista staje się bardzo wąska i sądzę, że nagrodzę obie pozycje, gdyż znajdują się w różnych kategoriach:

„Iron Chamber of Memory” Johna C. Wrighta zawiodło mnie na wielu poziomach i w dodatku nastroiło bardzo pesymistycznie na przyszłość. W efekcie skandalicznego zachowania wydawcy Wright musiał zrezygnować ze współpracy (trudno współpracować z ludźmi, którzy otwarcie nazywają cię nazistą) i obecnie wydaje w Castilla House, a jego redaktorem jest niesławny Vox Dei. Nie wiem jak Vox Dei pisze, ale wiem już, że jest tragicznym redaktorem. Być może „Iron Chamber…” jest tylko wpadką przy pracy i inne książki Wrighta będą lepsze. Tę niestety po prostu przykro było czytać :( Więcej w recenzji na goodreads.

Druga bardzo słaba książka to „Polska odwraca oczy” Justyny Kopińskiej. To zbiór reportaży, które, niestety… cóż, nie wznoszą się ponad poziom Gazety Wyborczej. Tanie poszukiwanie sensacji i kłamstwa szyte grubymi nićmi, żenujące próby grania na emocjach i szokowania, i ta rosnąca z każdą stroną pewność, że ktoś tu poważnie kłamie. Najbardziej odrzuciła mnie chyba właśnie ta taniość zastosowanych chwytów. Literacko jest to lepsze od książki Wrighta, ale zostawia po sobie o wiele gorszy niesmak.

 

Odkrycie roku

W lutym krzyczałabym, że Valente, ale już w kwietniu (kiedy przeczytałam „Palimpsest”), wiedziałam, że nie. Że odkryciem roku zostanie autor, którego pierwszą książkę przeczytałam, bo wydał się sympatycznym gościem i niejako z grzeczności. I na bogów, jak się cieszę, że dałam się na to złapać (Sullivan wcale nie ukrywa, że promuje się poprzez bycie miłym gościem w social media). Michael J. Sullivan, chłop, który pisze gatunek, który mnie mierzi, czyli klasyczne fantasy. Są rzeczy, w których się nie zgadzamy, w tym sprawy tak podstawowe, jak podejście do worldbuildingu, ale… cóż, to jeden z tych ludzi z którymi miło się nawet nie zgadzać. I którego książki, mimo braków w elementach, które cenię w literaturze fantastycznej najbardziej, są po prostu cudowne. Postacie są wspaniałe do dziesiątego planu, a autor… cóż, autor doskonale zdaje sobie sprawę z czytelniczych przedsądów i wykorzystuje je, żeby robić z czytelnika kretyna. I paranoika. Moje obawy, że Sullivan okaże się autorem jednej serii rozwiało „Age of Myth”, pierwszy tom nowego cyklu. Ważne jest również to, jak wielki postęp pod względem literackim Sullivan poczynił od czasu „The Crown Conspiracy”. Zdecydowanie autor, którego każdy krok śledzę.

 

W drodze na stos:

Podejrzewam, że gdybym miała papierową wersję „The Folding Knife”, spotkałby ją marny koniec. Minus ebooków jest taki, że po prostu jest mi źle z tym, że zapłaciłam za tę książę te 2 dolary, czy ile tam kosztowała. Zamiast powieści dostałam streszczenie powieści, które męczyłam od sierpnia do listopada. Moja przewaga topniała w oczach a ja nie byłam w stanie zmusić się do czytania. Prokrastynowałam czytanie tego szajsu jak zawodowiec. Dokończyłam ją wyłącznie dlatego, że zmarnowałam na nią sporo czasu i chciałam, żeby chociaż znalazła się w statsach wyzwania, które prawie przez nią zawaliłam. Pewnie był to błąd. Ugh. Mam gdzieś recenzję tego dzieła, ale nawet na nią nie chce mi się patrzeć. Cały ten cudowny rozpęd, który zapewnił mi dobry początek roku, ze szczególnym uwzględnieniem Valente i Sullivana, poszedł się zwyczajnie jebać =.=

 

Zdecydowanie na plus:

„Count to Eschaton” Johna C. Wrighta. Miejscami (w drugim tomie) nie było lekko (straszliwie nie lubię książek ze zdystansowaną narracją), ale Blackie. Blackie wynagradza mi wszystko <3 Pod koniec roku ukazał się kolejny tom i nie mogę się doczekać aż go pochłonę.

 

Meh, czyli książki, które mnie zupełnie nie poruszyły:

„Front burzowy”. Pewnie jakbym miała piętnaście lat, to by mi się podobało. Tak to… No zwyczajnie mnie nie poruszyło.

„Palimpsest” i „Opowieści Sieroty” tom 1 – to są pewnie dobre książki. Tylko ja chciałam „Nieśmiertelnego”.

„Duma i uprzedzenie” – no po prostu… no meh. Książka, której jedynym podsumowaniem może być wzruszenie ramionami.

„Uwikłanie” – czytało się błyskawicznie i nie wynudziło mnie jak typowy kryminał, ale z drugiej strony pałam taką niechęcią do głównego bohatera, że nie jestem pewna, czy wrzucać tę książkę do tego worka, czy może do pudła z tymi, które mnie wkurzyły.

 

Ciekawostki:

Pod wpływem audycji w radio (KLCW <3) zanabyłam i pochłonęłam błyskawicznie „Beduinki na Instagramie” Aleksandry Chrobak. Książka lekka i ciekawa, zdecydowanie do polecenia każdemu, kto chciałby dowiedzieć się czegokolwiek na temat Zjednoczonych Emiratów Arabskich.

Przeczytałam też „Księcia Szaranka” czyli Małego Księcia przetłumaczonego na gwarę poznańską. Cudeńko <3 I pamiętajcie: TYGRYSY NIE ŚRUTUJĄ ZIELSKA.

 

Powtórki:

Chciałam nie czytać w tym roku książek, które już czytałam, ale pod koniec, w środku kryzysu czytelniczego nie dałam rady. „Wojna Trappa” jak zawsze poprawiła mi humor, a przypomnienie sobie „Pierwszego Prawa Magii” też było dobrym pomysłem. Zastanawiam się nad czytaniem reszty serii.

 

Inne:

Przeczytałam kolejną trylogię „Przybysza” – i czułam bardzo zmęczenie materiału. Opowieść wrzuciła wyższy bieg i przestała być nieustannym offtopem dopiero w trzecim tomie. Materiału w tym było naprawdę na jedną książkę. Miło było wrócić do znanych bohaterów, ale bardziej przypominało to wizytę u dawno niewidzianych krewnych, w czasie której nie wydarzyło się nic specjalnego niż dzikie harce z wcześniejszych trylogii.

„The Traitor Baru Cormorant” mogłoby być genialną książką, gdyby autor w miejsce worldbuildingu nie wstawił ideologii, tworząc kompletnie nie trzymający się kupy świat – co jeszcze doprawił nieprzekonującą motywacją głównej bohaterki i kretyńskim zakończeniem.

Przeczytałam dwie kolejne książki z Seafort Saga. Mniodzio. Nie wyróżniam ich w żadnej kategorii, bo zwyczajnie nie oczekiwałam niczego innego. Została mi jedna – „Children of Hope”. Będzie na kolejny urlop :)

Ostatnia książka przeczytana w roku 2016 to „The Liberation” Iana Tregillisa – mocne zakończenie tak „Wojen Alchemicznych” jak i tegorocznej listy przeczytanych.

 

Przeczytałam też trochę niebeletrystyki, więcej chyba niż w latach ubiegłych – całe 10 pozycji. Bardzo polecam „No Stone Unturned” o Necrosearch International, „Beksińskich”, „Martwe ciała” (historia poznańskiego mordercy-nekrofila), Springera i Chrobak – a fanom „Serialu” „Adnan’s Story” Rabii Chaudry.

 

Niedokończone:

„Stąd do wieczności” zostawiłam po pierwszym tomie. Nie wiem czy wrócę, nie chodzi o to, że mi się ta książka nie podoba, po prostu… no jakoś mnie do niej nie ciągnie.

Poza tym mam sporo książek ponapoczynanych i to nie tylko w tym roku ale nawet w latach wcześniejszych i trochę się z tym szamoczę.

Porzuciłam też po dwóch tomach „Ucznia skrytobójcy” Robin Hobb, wyłącznie z powodu zmęczenia głównym bohaterem. Są pewne granice użalania się nad sobą. Czy wrócę do lektury… naprawdę nie wiem.

 

Miałam też dodatkowe postanowienie – że nie będę kupowała książek. Wyszło, khem… jak wyszło. Na pewno kupiłam mniej, ale nie bez znaczenia była radykalna obniżka zarobków. Skończyłam uzupełniać mojego mądrego excella w lipcu, ale ogółem nie sądzę, żebym kupiła więcej niż 20 książek. To zdecydowanie mniej niż w zeszłym roku i naprawdę się z tego cieszę. Szczególnie, że sporą część z tych zakupów przeczytałam.

 

Wyzwania na rok 2017:

– czytanie cegieł. Tegoroczne wyzwanie ilościowe odstraszyło mnie nieco od zabierania się za książki, co do których mam pewność że zajmą mi więcej czasu, dlatego w nowym roku mam zamiar zdefiniować je sobie jakoś inaczej. Może 12, może 24 książki: jeszcze dumam. Chcę za to bardziej skupić się na regularnym czytaniu i jakimś minimum przeczytanych dziennie stron. Wiem, że nie jest to miarodajne, ale nie ustalam przecież żadnych sztywnych ram.

– czytanie książek już posiadanych: nieustająco, aż do wyczerpania zapasów albo przynajmniej zredukowania ich do rozsądnych rozmiarów. Jest to praca na kilka lat co najmniej, ale nie mam zamiaru się tym zniechęcać

– kupować mniej książek. W tym roku było już lepiej niż w zeszłym, mam zamiar jeszcze bardziej to zredukować.

 

Co będę czytała? Konkretów znam niewiele. Na pewno „100/XX„, na pewno Thorwalda, na pewno „Vindication of Man”. Dzieła wszystkie Lovecrafta. Chciałabym też odgruzować półkę z Irvingiem. I porządnie zabrać się za czytanie po rosyjsku.

 

 

Pełna lista:

C.J. Cherryh, Protector (Foreigner, #14)
Magdalena Grzebałkowska, Beksińscy. Portret podwójny
Andre Norton, Sargasso of Space (The Solar Queen Series, 1)
Andre Norton, Plague Ship (Solar Queen, #2)
Andre Norton, Postmarked the Stars (Solar Queen, #4)
Andre Norton, Voodoo Planet
C.J. Cherryh, Peacemaker (Foreigner, #15)
Paweł Jasienica, Polska Jagiellonów
Catherynne M. Valente, Deathless
Michael J. Sullivan, The Crown Conspiracy (The Riyria Revelations, part #1)
Michael J. Sullivan, Theft of Swords (The Riyria Revelations, #1-2)
Michael J. Sullivan, Nyphron Rising (The Riyria Revelations, #3)
Michael J. Sullivan, Rise of Empire (Riyria Revelations, #3-4)
Michael J. Sullivan, Wintertide (The Riyria Revelations, part #5)
Michael J. Sullivan, Heir of Novron (The Riyria Revelations, #5-6)
Michael J. Sullivan, The Crown Tower (The Riyria Chronicles #1)
Michael J. Sullivan, The Jester (The Riyria Chronicles #2.5)
Michael J. Sullivan, The Rose and the Thorn (The Riyria Chronicles, #2)
Michael J. Sullivan, The Death of Dulgath (The Riyria Chronicles #3)
Michael J. Sullivan, Professional Integrity (The Riyria Chronicles, #2.6)
John C. Wright, Count to a Trillion
Chuck Tingle, Space Raptor Butt Invasion
Jim Butcher, Front burzowy (Akta Dresdena, #1)
John C. Wright, The Hermetic Millennia (Count to the Eschaton Sequence, #2)
John C. Wright, The Judge of Ages (Count to the Eschaton Sequence, #3)
John C. Wright, The Architect of Aeons
Catherynne M. Valente, Palimpsest
Robert A. Heinlein, The Moon is a Harsh Mistress
Robin Hobb, Uczeń skrytobójcy (Skrytobójca, #1)
Robin Hobb, Royal Assassin (Farseer Trilogy, #2)
John C. Wright, Iron Chamber of Memory
Brian Niemeier, Nethereal (Soul Cycle #1)
Michael J. Sullivan, Age of Myth (The Legends of the First Empire, #1)
Seth Dickinson, The Traitor Baru Cormorant
David Feintuch, Voices of Hope
Jane Austen, Duma i uprzedzenie
David Feintuch, Patriarch’s Hope (The Seafort Saga, 6)
Zygmunt Miłoszewski, Uwikłanie (Teodor Szacki, #1)
Steve Jackson, No Stone Unturned: The True Story of the World’s Premier Forensic Investigators
Waldemar Ciszak, Martwe ciała
Justyna Kopińska, Polska odwraca oczy
Maciej Zaremba Bielawski, Higieniści: Z dziejów eugeniki
Catherynne M. Valente, In the Night Garden (The Orphan’s Tales, #1)
Filip Springer, 13 pięter
Kate Brown, Plutopia. Atomowe miasta i nieznane katastrofy nuklearne
Aleksandra Chrobak, Beduinki na Instagramie. Moje życie w Emiratach
K.J. Parker, The Folding Knife
Rabia Chaudry, Adnan’s Story: The Search for Truth and Justice After Serial
Brian Callison, Wojna Trappa
Terry Goodkind, Wizard’s First Rule (Sword of Truth, #1)
Antoine de Saint-Exupéry, Mały ksiażę
Ian Tregillis, The Liberation (The Alchemy Wars, #3)

 

 

 

Zakochałam się w Seafort Saga od samego początku. Cudowny świat, bezlitosny, brutalny i piękny. Główny bohater, który jest niekompetentnym idiotą i *wszyscy to wiedzą*. To nie jeden z tych przypadków, kiedy bohater jest ciulem, a cały świat przedstawiony i autor wmawiają ci, że jest inaczej. O nie. Nicky jest beznadziejny i autor to wie. Co więcej: Nicky też to wie. I w całej tej serii (no dobrze: pierwszych 4 tomach tej serii) pełno jest rzeczy cudownych i strasznych, ale zakończenie… zakończenie miażdży:

But yet …
In the silence of the night I sit at the side of my bed, robe thrown over my bare shoulders, and I wonder …
How is it that I know that You are a God of mercy, a God of love, yet, nonetheless, I know equally well You must not forgive me?
You see, if You could forgive the frightful evil I’ve done, then, Lord God, I’m sorry, I could not believe in You. For the sake of the children, if naught else, You must mete justice, and I, of all men, have earned punishment.
But after I return to bed, and lie sleepless through the waning night, sometimes a still, small voice wonders, Oh, Lord God, surely You knew what You were doing, when You fitted my cog into the complex interwoven gears of Your creation?
You made me what I was, and You provided the circumstances by which I threw myself from Grace. It was You who made it appear that my world and its people could not be saved unless I led those bright trusting children to their doom.
And then, I ask:
Lord God?
Lord, why hast Thou forsaken me?

David Feintuch „Fisherman’s Hope”

To chyba najdłuższy cytat na blogu (pomijając jakieś autocytaty), ale jest tego wart <3 Zawiera pewne, ale bardzo ogólne, spoilery jeśli ktoś nie czytał pierwszej części lub pierwszej trylogii (w zależności od tego ile się kto domyślił po pierwszym tomie ;) )

And he asked a flood of questions along the way, questions partly because he wanted to know, and partly to engage Kaplan: What’s down there? he asked. What’s that way?
“Can’t say, sir.”
For the third or fourth time Kaplan said so, this particular denial at what seemed to be a relatively main intersection in the zigzag weave of corridors.
“Well, why don’t we just go there and find out?”
“Can’t take you there, sir. Not on the list.”
“Oh,” Bren said, lifting both brows. “There’s a list.”
At that, facing him and with Banichi and Jago looming over him, Kaplan looked entirely uneasy.
“Can we see this list?” Bren asked him.
“I get it from the exec, sir. I can’t show it to you.”
“Well” Bren said, and cheerfully rattled off in Ragi, “I think we might as well nudge gently and see what will give. Kaplan-nadi’s restricting what we see, but he’s not in charge of that decision himself. He’s getting his orders from higher up. —What would you like to see, Nadiin?”
“Where does the crew live?” Banichi asked.
“Excellent suggestion,” Bren said, and looked at Kaplan, who did not look confident. “Nadi, where is the crew?”
“Where’s the crew, sir?”
“What do you do when you’re not on duty, Kaplan?”
“We go to rec, sir.”
“Good.” In some measure, despite the ferocious-looking equipment and the eyepiece, Kaplan had the open stare of a just-bloomed flower. “We should see rec, then, Kaplan-nadi. Or is that on the list of things we definitely shouldn’t see?”
“The list goes the other way, sir. It’s things you can see.”
“Well, that’s fine. Let’s go look at all of those, and then when you’re tired, we can go to this recreation place. That’s rec, isn’t it?”
“Yes, sir. I’ll ask about rec, if you like.”
“Why don’t you do that while we tour what we’re supposed to see? Take us to all those places.”
“Yes, sir,” Kaplan murmured, and then talked to his microphone in alphabet and half-words while they walked. “Sir, they’re going to have to ask a captain about rec, and they’re all—”
“In a meeting.”
“Yes, sir.”
“Well, tell them we just walked off and left you. All of a sudden I’m very interested in rec. I suppose we’ll find it. Are you going to shoot us?”
“Sir, don’t do that.”
“Don’t overreact,” Bren said in Ragi, “and above all don’t kill him. He’s a nice fellow, but I’m going to walk off and leave him, which is going to make him very nervous.”
“Yes,” Jago said, and Bren walked, as Banichi and Jago went to opposite sides of the corridor. He’d give a great deal to have eyes in the back of his head. He knew, whatever else, that Kaplan wasn’t going to shoot him.
“Sir?” he heard, a distressed, higher-pitched voice out of Kaplan. Then a more gruff: “Sir! Don’t!”

C.J. Cherryh, Precursor

Wypisałam je już jakiś czas temu zaczepiona na facebooku, ale teraz kopnął mnie w zadek Inc, więc kopiuję i uzupełniam :)

Rzecz wiąże się oczywiście z krążącym po internetach wyzwaniem dotyczącym wypisania dziesięciu książek, które jakoś „pozostały” w życiu wyzwanego. Może są ludzie, dla których rzecz jest prosta, ale ja do nich z pewnością nie należę. 10 książek? Co to jest 10 książek? Nawet przy założeniu, że tylko niewielki procent tego co czytamy wpływa znacząco na nasze życie, dziesięć tytułów to straszliwie mało. Niemniej: zawsze podejmuję wyzwania, więc podniosłam rękawicę i wypisałam. Czy to jest perfekcyjna lista będąca efektem długich przemyśleń i analiz? Nie, zresztą byłoby to sprzeczne z ideą wyzwania, która zakłada wypisanie tytułów szybko i bez zastanowienia. nie ukrywam: trochę tego zastanowienia było, wykreślania, dopisywanie i ogólnego szaleństwa. Wiem zresztą – pewnie wszyscy wiedzą – że i wypisanie trzydziestu tytułów nie wyczerpałoby tematu. Czytając wpisy innych uczestników zrozumiałam też że są tytuły bardzo ważne, które akurat w tamtej chwili nie przyszły mi na myśl – chociażby „My, dzieci z dworca ZOO”, które przeczytałam wiele razy i do dzisiaj mam wrażenie, że znałam bohaterów osobiście. To cholernie ważna książka, która pozwoliła mi uniknąć wielu złych rzeczy.

A więc: lista. Kolejność jest zupełnie przypadkowa i nie wynika nawet z kolejności w jakiej tytuły przychodziły mi do głowy.

„Mroczny labirynt” K. Petek. Takie dokładnie wydanie mieliśmy w osiedlowej bibliotece.

„Mroczny labirynt” Krzysztof Petek

Czytałam ją niezliczoną ilość razy, znam praktycznie na pamięć, a jak zwiedzam jakiekolwiek ruiny, to zawsze mam w głowie przygody Jajca i spółki. Nie jest to zdecydowanie lektura, która zmienia człowieka na zawsze, ot, przygodówka dla młodzieży mocno czerpiąca z „Wakacji z duchami” (które też uwielbiam i też czytałam niezliczoną ilość razy) – w ogóle Petkowe pisanie to trochę taki Bahdaj dla starszych dzieciaków. Pytanie jednak szło o teksty, które w jakiś sposób ze mną zostały: ta powieść ze mną została i wciąż mam ją w głowie.


„Ojciec chrzestny” M. Puzo. Rozpadał się rękach tak był zaczytany.

„Ojciec chrzestny” Mario Puzo

Jedna z pierwszych „dorosłych” książek jakie przeczytałam (pierwszy był zbiór opowiadań Mastertona; no to już wiadomo co jest ze mną nie tak…). Potem pochłonęłam resztę cyku i ogólnie przez parę lat byłam totalnie zafiksowana na takiej wizji mafii. W liceum mi przeszło ;) Nie jestem pewna, czy „Ojciec chrzestny” wciąż ze mną jest, natomiast został ze mną na kilka lat i zmienił moją wizję świata (mafii). Do teraz zresztą jeśli mam do czynienia z jakimś mafijnym tematem (np. w „Sanctuary” lub „Heat”), to jakoś te skojarzenia wędrują do Puzo. Z całego cyklu o ile pamiętam najbardziej podobała mi się jednak inna książka, tylko już za cholerę nie pamiętam która to była… Był tam chyba jakiś Dante…?


„Extensa” J. Dukaja. Pierwsza jego książka jaką miałam w rękach. Potem poszedł zakup hurtowy.


„Extensa” Jacek Dukaj

Przeryła mi mózg i życie.


„Z zimną krwią” T. Capote. Właściwie nie wiem, czy miałam takie wydanie, ale chyba tak… A najbardziej pamiętam to zdziwienie na początku, jak było o tym, że ta rodzina nie piła herbaty D:


„Z zimną krwią” Truman Capote

Czytałam raz, ale znam na pamięć. Absolutnie bezkonkurencyjna. Tu nie ma czego opisywać, to trzeba po prostu… nie wiem, chyba nie „przeczytać”, tylko bardziej „przeżyć”.


„Ania z zielonego wzgórza” Lucy Maud Montgomery. Wydań miała mnóstwo i czytałam w kilku, ale to chyba też się przewinęło przez moje ręce.


„Ania z Zielonego Wzgórza” Lucy Maud Montgomery

Przeczytałam tylko dwa tomy i to w podstawówce (za to kilka razy) , ale te niesamowite postacie (Mateusz ;______________; ) zostały ze mną do dzisiaj (i serio mi smutno za każdym razem jak pomyślę o Mateuszu, chyba z żadną postacią nigdy nie byłam tam emocjonalnie związana. Wydaje mi się, że to w ogóle jest w tej książce najważniejsze (przynajmniej dla mnie): to doświadczenie śmierci bliskiej osoby. A teraz krótka przerwa, bo idę się wysmarkać i doprowadzić jakoś do porządku.


„Inne pieśni” J. Dukaja. Tę książkę *dosłownie* znam na pamięć.

„Inne pieśni” Jacek Dukaj

Mam je na dyplomie, niewątpliwie jakoś na mnie wpłynęły, chociaż tak naprawdę ta pozycja na liście to taki trochę kompromis, bo miałam w głowie tyle rożnych tytułów, że w końcu wpisałam taki, co do którego nie miałam poczucia, że wpisuję go kosztem jakiegoś innego, bo podpadają pod kategorię w której siedzą zupełnie samotnie. Niewątpliwie dały mi sporo jeśli chodzi o styl, nauczyły mnie mnóstwo o konstrukcji powieści i o kreowaniu świata za pomocą języka (z tego to mam w końcu tytuł naukowy ;) ). Nie wpłynęły na to za mnie specjalnie pod względem emocjonalnym.


„Koniec świata i Hard-boiled Wonderland” H. Murakami. Pierwsza książka tego autora, którą przeczytałam.

„Koniec Świata i Hard-boiled Wonderland” Haruki Murakami

Pierwsza książka Murakamiego, jaką przeczytałam i chyba wciąż moja ulubiona. No, „Norwegian Wood” też mi się niesamowicie podobało. Niesamowity klimat, a poza tym, pierwsze moje spotkanie z takim stylem, niespiesznym, niesamowicie szczegółowym. Chyba dlatego, że generalnie nie czytam powieści obyczajowych (bo mnie przepotwornie nudzą), takie skupienie na codzienności w jakiś sposób mnie urzekło. Inne książki Murakamiego jakoś mnie aż tak nie porwały, chociaż te starsze generalnie są spoko. Nowsze („Kronika ptaka nakręcacza” /tu nie jestem pewna daty wydania oryginału/, „Kawka nad morzem”, „1Q84″) są nudne i niestrawne.


„Skóra” Kathe Koja. Jedna z tych książek, do których nie chcę wracać i to jest miarą ich sukcesu.


„Skóra” Kathe Koja

To trochę taki „Grobowiec świetlików” wśród książek. Czytasz to raz i nie chcesz więcej mimo że bardzo ci się podobało. Książka o obsesjach. Klaustrofobiczna i straszna. Niesamowita.


„Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell. Nie znalazłam zdjecia tego wydania, które czytałam, więc podrzucam pierwsze :)


„Przeminęło z wiatrem” Margaret Mitchell

Bardzo długo nie mogłam się przekonać do choćby tknięcia kijem przez szmatę tego tytułu. Przecież to romans, na litość boską. A potem, jakoś tak w połowie, przyłączyłam się do oglądania ekranizacji. I wsiąkłam. Książka jest rzecz jasna lepsza od filmu, chociaż, kiedy zna się książkę ekranizacja zaczyna wydawać się idealna (tutaj głównie chodzi mi o postać Ashleya, która jest bezbarwna w filmie, ale – kiedy wie się o niej coś więcej niż pokazane na ekranie – widać, że aktor dobrany jest świetnie, a i rola dobrze zagrana). Tak, to jest romans (nie mam zamiaru wyciągać „Przmeinęło z wiatrem” z getta). Ale nie tanie harlekinowe romansidło, tylko epopeja o świecie, którego już nie ma – o Południu (tutaj ważny staje się Ashley, który jako jedyny zdaje sobie sprawę, z tego, że już nie ma odwrotu. Że kiedy wojna się skończy i tak nie będzie już świata, który go stworzył). Poza tym: Mitchell stworzyła najlepsze postacie w historii literatury. Nikt nie może się z nią równać, po prostu nikt.


„Kupieckie szczęście” C.J. Cherryh. Okładka z serii „każdy sąd by uniewinnił”

„Kupieckie szczęście” C.J. Cherryh

Straszliwie smutna i przerażająca książka. Niby drobiażdżek ale ilość paranoi, samotności i niezrozumienia zapełniłaby kilka opasłych tomisk. Do tego chyba nauczyłam się uważniej patrzeć na to jak moje zachowanie może być odbierane przez osoby, które mogą nie mieć pojęcia o moich motywach.

No, to by było na tyle. Oczywiście jest mnóstwo innych książek, które zasłużyły na wymienienie na takiej liście, ale skoro mam się ograniczyć do dziesięciu, to jest dziesięć.

Ha! Prościzna. „A imię jej ciemność” Glena Cooka, a w oryginale „She is the Darkness”. Cook w ogóle ma dar takiego zwięzłego i jednocześnie poetyckiego pisania. Spójrzcie sami na te tytuły: http://en.wikipedia.org/wiki/Glen_Cook#Published_works. Niestety w języku polskim ta dziwna patetyczna ale jednocześnie fajna poetyckość znika stłamszona w doprawdy straszliwy sposób. To zwyczajnie nie działa w naszym języku.

Za to z tytułami się czasem udaje i takim właśnie przykładem jest „A imię jej ciemność”. To nie tylko mój ulubiony tytuł, ale i ulubione tłumaczenie tytułu. Doskonale oddaje rytm oryginału.

Drugim powodem, dla którego tak bardzo podoba mi się ten tytuł jest fakt, że zaczyna się spójnikiem. Uwielbiam tytuły zaczynające się od spójników.

Ale żeby tak jeden wybrać? O rany, rany… na pewno to co się kilkukrotnie działo w „Defenderze” C.J. Cherryh. No i to jak w trylogii „Conspirator”, „Deceiver” „Betrayer” z tego samego cyklu znalazł się mocny na Brena. Poza tym…? „Milkweed” Tregillisa i zamiana cukierkowego życia bohatera w koszmar. O tak. To zrobiło na mnie wrażenie.

To mnie zagięło, przyznaję. Książki często-gęsto poszerzają moją wiedzę z jakiejś dziedziny, albo zapoznają mnie z nowymi… ale żeby tak… zmienić moją opinię…? Naprawdę trudno mi coś takiego wymyślić… I wtedy mi się przypomniało.

Literackie objawienie.

Wszyscy znamy Stefana Żeromskiego. A w każdym razie większość rozpoczęła i zakończyła swoją z nim znajomość na dowolnie krótkim fragmencie „Syzyfowych prac”. Ewentualnie dobrnęło do przeciętnego (ale dającego się czytać!) „Przedwiośnia”. Moja opinia o Żeromskim była prosta: łojeżusiu co za nudziarz. „Przedwiośnie” spoko, ale „Syzyfowe prace” jakaś totalna pomyłka. I nagle, w czasie przygotowywania się do egzaminu z pozytywizmu i Młodej Polski – szok. Przeglądałam BNkę z opowiadaniami Żeromskiego, czytając na wyrywki po parę zdań, żeby ogólnie ogarnąć.

I wtem stał się „Pavoncello”.

A ja zakochałam się w Żeromskim.

Yyy… nie mam zwyczaju utożsamiania się z postaciami. Po prostu nie myślę o nich w taki sposób. Może to jakiś defekt empatii (jak pisałam wcześniej – może jestem po prostu złym człowiekiem).

Natomiast mogę powiedzieć, że spotkałam się z postaciami, które są do mnie podobne. Mogę też przyznać, że z miejsca je znielubiłam :D

Taką postacią jest kapitan Sabin z cyklu „Przybysz”. Nie czuję z nią żadnego pokrewieństwa dusz, czy czegoś takiego, po prostu, obiektywnie patrząc, na jej miejscu zachowałabym się tak samo: równie bezczelnie, równie niedyplomatycznie i równie mocno okrasiłabym wypowiedzi wulgaryzmami.

Jest sporo takich książek bo tak się jakoś składa, że czytam mniej popularne tytuły i potem nie bardzo jest z kim o nich rozmawiać… ale chyba nie o takie egoistyczne pobudki chodzi? A więc…

Nie wydaje mi się, żeby istniały książki uniwersalne. Każdy lubi co innego i potrzebuje czego innego. Nie mam parcia na to, żeby ludzi do czegokolwiek przymuszać, nawet do rzeczy słusznych.

Ale wybrałam dwa typy:

Niesamowite samobójstwo zbiorowe” Arto Paasilinny (opisane wcześniej w ramach tego wyzwania), bo to cholernie pozytywna książka.

i

„Zły” Leopolda Tyrmanda, bo cudze chwalicie swojego nie znacie. Popkulturowa jazda najwyższej jakości. Polska i to z 1955 roku.

Czy lista po prawej wystarczy? Czy mam może dodać, że na tej liście nie ma oczywiście wszystkich książek, które od dawna chciałam przeczytać, tylko te o których pamiętałam? Właściwie w dzisiejszych czasach trudno jest znaleźć książkę, którą chciałabym przeczytać, ale nie miałam – fizycznie – okazji. Sprowadzić można zza granicy prawie wszystko (w każdym razie po angielsku i rosyjsku) i to nawet stosunkowo niedrogo… a do tego istnieją internety. A że mam Kindla, ebooki mi nie straszne.

Tak więc powodem nieprzeczytania czegoś może być co najwyżej czas albo dziurawa pamięć. Chętnie bym zamieniła sobie miejscami statystyki w tych dwóch… Bo oto, gdzieś pomiędzy roladą schabową a kompotem z suszu doznałam olśnienia, że jednak jest taka książka, która się wyróżnia spośród innych „do przeczytania”. Są to „Notatki z podziemia” Dostojewskiego, które chcę przeczytać jeśli nie od gimnazjum to na pewno od liceum i wciąż mi się nie udało!

Jutro idę do biblioteki oddać to i owo – chyba wiem, co wypożyczę ;)