Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ Bez kategorii ’ Category

Hu(j)maniści

U mnie w szkole, w klasie o profilu humanistycznym był tylko jeden humanista. Reszta to byli ludzie, którzy nie umieli matematyki. Prawie wszyscy poszli potem na studia, ale one na pewno nie uczyniły ich humanistami. Jak z nimi dzisiaj rozmawiam to z reguły to ci sami ludzie, tylko teraz mają różne dyplomy i roszczenia.

mickpl w http://www.wykop.pl/link/2379904/rzad-powinien-sie-bac-strajk-humanistow-moze-sparalizowac-caly-kraj/#comment-26126682

No właśnie… dlaczego?!

 

Jak to możliwe, że kobieta przez 9 miesięcy nosi w sobie dziecko, cierpliwie znosi niedogodności, wytrzymuje straszliwy ból porodu, po czym bierze je na ręce i nazywa “Andżelika”?

wykop

Gra Endera

„Grę Endera” przeczytałam sporo czasu temu. Podobała mi się, jej jedyną wadą była dla mnie jej oczywistość, jednak wynika ona z podstawowego założenia autora, trudno więc mieć tu do kogokolwiek pretensje.

Jakiś czas temu, w wyzwaniu 30-dniowym padło pytanie, o książkę, która zmieniło moje poglądy na coś. Nie, „Gra Endera” nie jest jedną z tych książek, które zmieniły moje poglądy na cokolwiek (choć być może dla kogoś mogłaby mieć taką wartość), wręcz przeciwnie. Utwierdziła mnie w przekonaniu, że dla ludzkości nie ma już nadziei.

Nie, nie, spokojnie, nie bezpośrednio. Po prostu spojrzałam na Recenzje W Internecie. Konkretnie na goodreads.com. I… i wszystko mi opadło.

Wbrew pozorom, jestem w stanie ogarnąć umysłem, że ludziom się ta książka mogła nie spodobać. Jest wiele powodów, dla których można jej nie polubić. Dość nachalne moralizatorstwo choćby.

 

Przecież wiadomka, że największą bolączką tego tekstu jest „seksizm”. A mianowicie to, że 90% bohaterów nie jest kobietami. WTF.

 

Ale, ale, to nie jest wcale najdziwniejsza recenzja. Pomijając, źródło problemu (epicki ból dupy pewnych zakompleksionych jednostek), no to faktycznie, gdzieś tam na samym dnie leży matematyka (statystycznie kobiet jest mniej; jakby przeliczyć w kwestii istotnych postaci, to jakoś mi się nie wydaje żeby była dysproporcja – mnie uderzyła właśnie spora ilość postaci kobiecych). ALE! Jeśli kiedykolwiek ktokolwiek zapyta mnie o granice nieumiejętności czytania ze zrozumieniem zacytuję mu tę opinię o „Grze Endera”:

I am disgusted.

I am so thoroughly disgusted with this book that I can’t even logically explain my utter revulsion. Ender’s Game reads like propaganda, and the characters in it are living it. It wasn’t until I saw the comparison to Adolf Hitler that I thought of Hitler Junge, but it makes sense. These kids are brainwashed into becoming soldiers, killers, and they’re never given a choice.

Except it’s much worse than that. Ender actually learns to doubt, to disobey, to choose, and he chooses wrong. (view spoiler) How is that different from any other conqueror rewriting the history to suit them?

If this were a normal review, I’d remark upon the failed, nonexistent characterisations, the lack of character growth or lessons learned, the lack of actual challenges overcome (how can he overcome anything when he never fails?), the lack of plot that isn’t told in short paragraphs as in passing. But this isn’t a normal review and I’m just going to link you to better articles about the story itself.

rameau

Robi wrażenie, nie?

 

Tymczasem, kiedy już ochłoniecie, kilka cytatów z książki (chociaż w obliczu powyższego, trochę blado wypadają, może powinnam zrobić tego dwa wpisy…?)

- Wziąłem cię, goju, bo nie chcę, żeby mówili, że wygrywam, bo mam najlepszych żołnierzy. Chcę im pokazać, że mogę wygrać nawet z takim żołnierskim wypierdkiem jak ty. Mamy tu tylko trzy zasady. Robić, co mówię i nie sikać do łóżka. Ender kiwnął głową. Wiedział, że Ross czeka na jego pytanie o trzecią zasadę. Zadał je więc. – To były trzy zasady. Nie jesteśmy tu za dobrzy z matematyki.

Orson Scott Card, Gra Endera

 

- Nie liczyłem na to, że zrozumiesz. Ciągle wierzysz, że nauczyciele wiedzą coś, czego warto się dowiedzieć.

Orson Scott Card, Gra Endera

 

- Nigdy nie słyszałem o Armii Smoka – powiedział.

– To dlatego, że nie istnieje od czterech lat. Skasowaliśmy tę nazwę, bo powstał przesąd na jej temat. Podobno żadna Armia Smoka w całej historii Szkoły Bojowej nie wygrała nawet jednej trzeciej swoich gier. Ale to pewnie żart.

– Więc dlaczego znowu ją tworzycie?

– Mamy kupę mundurów, z którymi trzeba coś zrobić.

Orson Scott Card, Gra Endera

 

Carn Carby odszedł, a Ender wciągnął go na swą osobistą listę tych, których zakwalifikował jako istoty ludzkie.

Orson Scott Card, Gra Endera

 

Demostenes został zaproszony do wzięcia udziału w Prezydenckiej Radzie „Edukacja dla Przyszłości” – bardzo prestiżowym panelu, którego przeznaczeniem było nie dokonać niczego, ale zrobić to w wielkim stylu.

Orson Scott Card, Gra Endera

Matthew Woodring Stover bardzo mnie zaskoczył. Sięgając po „Bohaterowie umierają” nie spodziewałam się niczego ponad zwyczajne czytadło. Bardzo się myliłam. Pisałam już o nim w kontekście wyzwania 30 dniowego, ale jakoś nie miałam okazji wrzucić cytatów.

W skrócie o „Bohaterowie umierają”: mistrzowskie połączenie erudycji i niskiej rozrywki, SF i fantasy, pytań o wolność i prawdę a przy tym krwi, flaków i wulgaryzmów. Imponująca rzecz.

 

Ach ci nadambitni rodzice…

Ojciec wychowywał Berne’a tak, by stał się jego bronią w walce z podludźmi, kształcił go od urodzenia na idealnego wojownika, ale, niestety, przez te wszystkie lata nigdy nie zadał sobie trudu, żeby zapytać Berne’a, co on sam chciałby robić, czy w ogóle chciał być bronią ostateczną.

Berne umie się poświęcić:

To przykre, że musiał zostawić zabicie Caine’a komuś innemu, ale w takich chwilach jak ta prawdziwi patrioci musieli być gotowi do poświęceń.

A bohater jest totalnym dupkiem, co jakimś cudem jest naprawdę fajne – a biorąc pod uwagę, że Caine jest Mary Sue, to coś oznacza ;)

Małostkowa – choć ogromna – część mojej duszy uśmiecha się szeroko, kiedy to słyszy.

Chciałbym znaleźć jakiś sposób, żeby powiedzieć o tym Pallas, nie wychodząc przy tym na beznadziejnego, małostkowego dupka, którym, oczywiście, jestem.

I jeszcze z „Ostrza Tyshalle’a” (tom 1)

Gdyby śmierć była czymś wyjątkowym, nie byłaby tak powszechnie dostępna.

Grabiński, mocno lansowany przez Bookrage, to twórca specyficzny. Co bynajmniej nie oznacza, że nie jest godzien uwagi. Lubię te epokę, lubię ten styl. Spodobało mi się poczucie humoru autora i niesamowity klimat jego tekstów. No i poza wszystkim – przecież one są o kolei. I wszystko było miło i przyjemnie aż dotarłam do opowiadania, które… które było złe. Samo założenie – historia człowieka, który nijaki „na lądzie” dopiero w ruchu staje się kimś innym, kimś demonicznym, kimś opętanym prędkością – jest dobre. Ba! Bardzo dobre. Niestety w trakcie wszystko poszło nie tak. Próbka poniżej. +18 i dla osób o mocnych nerwach.

Wtedy gibka jak kot zesunęła się z poduszek i znalazła w ramionach Godziemby. Pocałunkiem cichym a mocnym złączyli spragnione usta i spletli się w długim, pożądliwym uścisku. Piersi jej młode, w zapędy krwi bogate, przywarły doń palącą pieszczotą i podała mu wonną konchę swego ciała… Godziemba brał ją. Brał jak płomień w skwarze pożaru, co niszczy i trawi, i spala, brał jak wicher w rozpasaniu szałów, swobodny, wolny stepów brat. Drzemiące żądze wybuchły czerwonym krzykiem i potargały wędzidła. Rozkosz, ujęta zrazu w ryzy strachu, tłumiona kręgiem ostrożności przerwała w końcu tamy i przelewała się zwycięsko poza brzegi purpurową falą. Nuna wiła się w spazmach zapamiętania, tarzała w skurczach miłości i bólu bez granic. Ciało jej, skąpane wodą górskich rzek, smagłe od wiatru hal i połonin pachniało wonią ziół, tęgą, surową, zawrotną. Jej młode, miękko na kłębach sklepione biodra otwierały się jak wstydliwe pęcze róży i chłonęły w siebie, wsysały miłosną daninę. Płowe warkocze, wyzwolone z krępujących spięć spadły łagodną linią na ramiona i otoczyły go przetowłosą więźbą. Łkania wstrząsały piersią, spieczone usta wyrzucały jakieś słowa, zaklęcia…

S. Grabiński, W przedziale

Podsumowanie roku 2013

No i wreszcie się uporałam z podsumowaniem roku 2013.  Trochę mi to zajęło, ale mogę za to powiedzieć, że uwzględniłam tu chyba wszystko.

Styczeń:
– opka i dopiski do Colta
- Jak ogień i woda, jak dymiące zgliszcza - nieskończone
– „Ona potrzebowała Grezyjskiego męża, on – bogatej żony.” – to tytuł roboczy; nieskończone o Elim Dane
Złomeo – kontynuowane z poprzedniego roku; niedokończone
– Szopa
Luty:
- opka i dopiski do Colta
- Złomeo – kontynuowane; niedokończone
Szopa
Marzec:
– opka i dopiski do Colta w tym opko (?) o młodości Riharda
– jakiś zagubiony dialog do Virgo Atergo
– Szopa
Kwiecień:
– Magisterka
– opka i dopiski do Colta
PT
Maj:
– Magisterka
Kosmate myśli i kudłate kochanki - dopiski
– opko o młodości Riharda – dopiski
– PT
– Tońka – zaczęte
Złomeo – kontynuowane; niedokończone
– Zombie miniatura
Czerwiec:
– Magisterka
Colt – dopiski, IIcz. IIIcz, interludium – zaczęte; opko o Ake i Sey – zaczęte
Złomeo – kontynuowane; niedokończone
Eli Dane i księżniczka z Monoklem – opowiadanie; skończone
Kudłate kochanki i kosmate myśli – kontynuowane; dokończone
Cnota Eliego Dane’a – kontynuowane; dokończone
Lipiec:
- Colt – dopiski – interludium, II cz., IIIcz.
Wygnany - kontynuowane; zakończone
Bonnie&Clyde – dopisek do generalnie nieistniejącego tekstu (są jakieś poszczególne scenki z początku, ale brak konkretów; straszny staroć)
Archanioł stylu – dopiski; właściwie kontynuowane; straszny staroć, chyba jeszcze z liceum
al-Isskadarija – dopiski/kontynuowane; niedokończone
Nietscheide – nowa wersja, dopiski/kontynuowane; niedokończone
Poznań Fantastyczny – opowiadanie konkursowe – zaczęte
Ściera ty szmato – kontynuowane; nieskończone
– Gdy nikt z ziemi nie zbierał gwiazd – opowiadanie (skończone)
Sierpień
- Gdy nikt z ziemi nie zbierał gwiazd – kontynuowane;
Jak ogień i woda, jak płonące zgliszcza - kontynuowane; dopiski
Colt Lightning (Colt wersja gender-bender)
Eli Dane i księżniczka z Monoklem – kontynuowane
– „Ona potrzebowała Grezyjskiego męża” – kontynuowane; dopiski
Ślepy strażnik – zaczęte, ale chyba nie będzie kontynuowane
Wrzesień:
- początek drugiego opowiadania z cyklu „Gdy nikt z ziemi nie zbierał gwiazd” – projekt zarzucony
– miniaturka o sztuce nowoczesnej – WTF?
– początek kolejneg opka o Elim
Złomeo – kontynuowane; nieskończone
Buko – początek tekstu; niedokończone
Jak ogień i woda, jak płonące zgliszcza – kontynuowane
Brat mojego brata – opowiadanie, skończone
Colt – dopiski IIcz. (dużo)
Październik:
- Colt – dopiski IIcz. (redakcja + fragment prompta pt. bohater poznaje rodziców swojej dziewczyny)
Złomeo – kontynuowane; dopiski
Kompletnie przenicowane – opowiadanie (cały miesiąc głównie to)
Brat mojego brata – kontynuowane; dopiski
Skoda Citigo katalog dla przestępców – skończone
Listopad:
– NaNo (Virgo/Atergo) – niedokończone
O smokach, ogniu smoczym, magicznych karabinach i komu głupi dowcip przestrzelił wątrobę – opowiadanie, skończone
Związek Socjalistycznych Republik Niemagicznych albo co się wydarzyło w Świętokrzyskim – opowiadanie, zaczęte
Grudzień:
Związek Socjalistycznych Republik Niemagicznych albo co się wydarzyło w Świętokrzyskim – kontynuowane; niedokończone
Lynn – opowiadanie, zaczęte
– „Głos”
- Colt - IIcz. dopiski
Kompletnie przenicowane - kontynuowane
Chodź na ciemną stronę, mamy ciastka – opowiadanie, zaczęte

Ogółem – słaby rok, ledwo 9 tekstów skończonych (no, z Magisterką to 10). Za to pozytywnie, że mam na koncie dużo dopisków do Colta i to dopisków do II części oraz zupełnie nową rzecz, czyli Interludium. Poza tym: kolejny wygrane NaNo i ponad 1000 dni w ciągu w 750.

Mam nadzieję, że w tym roku będzie lepiej.

Dokładnie tak

Some say life is the thing, but I prefer reading.

Ruth Rendell, A Judgement in Stone

Hobbit: Pustkowie Smauga

To nie będzie tekst łatwy do napisania i na pewno nie będzie dotyczył wyłącznie drugiego filmu o przygodach kompanii Torina Dębowej Tarczy. Przede wszystkim uważam, że z ocenami filmowego Hobbita należy poczekać do ukazania się trzeciej części – bo zdecydowanie jest to po prostu trójodcinkowy serial a my dopiero przekroczyliśmy granicę połowy sezonu. Z tego powodu nie uważam za zasadne ostateczne ocenianie filmowych Hobbitów, które do tej pory było nam dane zobaczyć jako ekranizacji – bo całej ekranizacji jeszcze nie widzieliśmy. Druga część sugeruje, że jednak jest w tym jakaś myśl, ale czy się z nią zgadzać, czy nie – to jest inna sprawa i przed oceną lepiej poznać ją do końca.

Moja znajomość z Tolkienem to jeden z tych romansów, którym najepiej na odległość. Szanuję tę twórczość i szanuję jej autora i kiedy patrzę z perspektywy mogę wyliczać i wyliczać rozliczne zalety. Jednak „na żywo” okazuje się, że przez te książki brnę niczym polarnik na biegun, a niektóre wywody po prostu mnie usypiają (zieje fajkowe… za każdym razem). Jak widać nie jest to związek łatwy i daleko mi do fanatyczki tej twórczości – co jak sądzę ma duży wpływ na mój odbiór ekranizacji.

Z drugiej strony jestem chyba ekranizacyjną (i ogółem – adaptacyjną) nazistką. Jeśli w książce było tak i tak, to w filmie ma być tak samo. I już. Oczywiście zmian wynikających z konieczności zmiany medium nie kwestionuję a nawet oglądam z zaciekawieniem („Igrzyska śmierci” całkiem nieźle udźwignęły ciężar przeniesienia tekstu rozgrywającego się całkowicie w narracji pierwszoosobowej postaci, która niemal nic nie mówi, abstrahując zupełnie od tego, czy film sam w sobie jest dobry, czy nie).

„Hobbit” wydał mi się prosty do zekranizowania (pomijając oczywiście kwestie techniczne): ma jasną fabułę, bohaterów  wyrazistych na tyle, żeby mimo dużej ich ilości nie było problemu z przedstawieniem ich w przekonujący sposób.
„Hobbit: Niespodziewana podróż” był zaskakująco wierny książce. Załapał tym oczywiście u mnie dużego plusa. Krasnoludy były świetne, co jeden to większy aparat, film był lekki i zabawny… w wątkach wziętych z Hobbita. Ponieważ, z jakichś przyczyn, wówczas zupełnie w filmie niewyjaśnionych, te lekkie, bajkowe epizody przeplatane były wątkami mhrocznymi i patetycznymi. Które też były dobre. Tylko powstała mieszanka była jak słone ciastka z lukrem (Japonia…) – niestrawna. „Hobbit: Niespodziewana podróż” ma wiele zalet i obie linie fabularne (czy jak to nazwać) są bardzo dobre (pomijając Radagasta, który jest żenujący). Po prostu pewnych rzeczy nie powinno się mieszać. I jakkolwiek mogłabym wymienić bardzo niewiele rzeczy, które mi się nie podobały (żenująco słabe efekty specjalne, kretyńska scena z kamiennymi gigantami, obcięcie wątku orłów), tak ogółem film jako całość dostaje u mnie dużego minusa, bo wszystkie te dobre rzeczy wymieszano tak, że co się wkręcił jeden klimat, to natychmiast następował dysonans spowodowany sceną z drugiego końca skali. Do tego film był przegadany. Za pierwszym razem dawał radę, ale za drugim miałam ochotę przewijać wszystkie te narracyjne fragmenty, bo nie oferowały właściwie nic poza wiedzą, którą zdobyłam oglądając to po raz pierwszy. Do tego ten wątek „poważny” był poszatkowany i trudno było stwierdzić do czego zmierza.

Dlatego idąc na „Pustkowie Smauga” nie miałam wielkich nadziei. Recenzje film miał świetne i ponoć miał być dużo lepszy od pierwszego, ale nie dawałam mu zbyt wiele szans. Być może to był właśnie klucz do dobrej zabawy. Czy „Pustkowie Smauga” jest lepsze od  „Niespodziewanej podróży”? Jako film? O niebo. Jako ekranizacja Hobbita? Już nie jest tak różowo.

Przede wszystkim, w „Pustkowiu…” wreszcie widać jakiś zamysł fabularny i wszystkie poszatkowane wątki zaczynają się składać w jedną całość. Ta historia jest po prostu spójna. Do tego nadrzędną zasadą przyjętą przez twórców jest „Rule of Cool”, a ja tę zasadę uwielbiam (jeśli tylko nikt nie ukrywa, że o to chodzi). Film jest spójny, tak fabularnie jak i jeśli chodzi o nastrój. Elfy wymiatają. Wreszcie doczekałam się elfów, które są takie jakie być powinny – okrutne i samolubne. Thranduil po prostu kradnie film. Nawet Gejolas dużo zyskuje, przerobiony tak, żeby pasował do swojego ojca, a brak patetycznego pitolenia o zabieraniu hobbitów do Isegardu wychodzi mu na zdrowie.
Dużym i absolutnie niespodziewanym zaskoczeniem na plus była Tauriel. Sama idea wzbudzała we mnie nienawiść od samego początku, zalatywała poprawnością polityczną i wątkiem romansowym. Co do pierwszego – nawet jeśli taka była motywacja (a pewnie była), to przynajmniej postać napisano dobrze i znaleziono jest konkretne miejsce w fabule – nie czuje się, że to dopisane na odwal się cycki. Co do drugiego – takie wątki romansowe mogę oglądać nawet częściej. Jaki jest ten wątek? Kompletnie idiotyczny, dzięki czemu gładko ląduje w szufladce z elementami komediowymi (bez tej nieszczęsnej iluminacji na koniec byłoby lepiej). No i wreszcie wykorzystano jakoś to kreowanie Kiliego na naczelne ciacho kopanii (nie wiem jakim cudem w towarzystwie 12 zarośniętych facetów on miałby się komukolwiek podobać…), które w pierwszej części (i ogólnie całej konstrukcji postaci) mocno zgrzytało.

To może łyżka dziegciu…? Jako ekranizacja „Hobbita” ten film sprawdza się dużo gorzej niż „Podróż…”. Niektóre wątki wycięto niemal całkowicie (mam nadzieję, że w wersjach reżyserskich zobaczymy jednak całą historię Bombura), niektóre wykastrowano i zmieniono (Beorn… Beorn w ogóle jest beznadziejny), inne z kolei bardzo mocno rozbudowano i/lub diametralnie zmieniono.
Nie wszystkie te zmiany są złe – chociaż brak większości Mrocznej Puszczy i paskudny Beorn to jakaś pomyłka. Scena z beczkami, choć absolutnie, niemal rewiowo absurdalna, jest zabawna i dobrze spełnia swoją rolę komediową. Trudno na razie powiedzieć coś więcej o wątku Barda, który dorobił się zmarłej żony i trójki dziatek. Tymczasem jest przekonujący.

Dużym zmianom uległ też wątek Smauga, z którym krasnoludy potykają się w Ereborze (kolejne miejsce, gdzie nie ma żadnych barierek, tak swoją drogą). Cumberbatch bezbłędny, chociaż przyznam, że zawiodłam się nieco na tym, że właściwie jeśli chodzi o głos stosował bardzo podobne sztuczki co w „Nigdziebądź”. Pojawiły się zarzuty jakoby filmowy Smaug był debilem i że to źle. Mnie przekonuje. Ma jakiś tam intelekt, ale jest zadufany w sobie do absurdu i wciąż pozostaje zwierzęciem.

Jeśli miałabym oceniać dotychczasowe dokonania Jacksona pod katem jakoś ekranizacji „Hobbita”, to muszę napisać po prostu: KSIĄŻKA BYŁA LEPSZA. I to nie dlatego, że książki generalnie są lepsze od ekranizacji, bo zwykle jest tak dlatego, że inne medium wymusza duże zmiany, które twórcy często wprowadzają  bezmyślnie, ale również z konieczności – na przykład skracania długiej fabuły do potrzeb dwuipółgodzinnego filmu. Tutaj nie mamy do czynienia z czymś takim, Jackson dwustustronicową książeczkę ekranizuje w trzech trzygodzinnych częściach. Książkowy „Hobbit” ma dobrą, jasno przedstawioną fabułę zbudowaną z epizodów, gdzie bohaterowie spotykają kolejne osoby i pokonują kolejne przeszkody – a sojusznicy są włąśnie sojusznikami a nie przyjaciółmi, trzeba ich do siebie przekonać, a czasem nawet przechytrzyć. W ekranizacji zupełnie się to zgubiło, w ogole zatracona została spójność opowieści charakterystyczna na ksiązki. I boli mnie to dlatego, że wszystkich tych zmian dokonano zupełnie niepotrzebnie.

Jako film „Hobbit: Pustkowie Smauga” jest świetny. Byłam na nim dwa razy w przeciągu jednego tygodnia i bawiłam się doskonale za każdym razem. Jako ekranizacja – już nie. Rozwijanie wątków tylko w Hobbicie sygnalizowanych do takich rozmiarów (jak to miało w pierwszej części) albo poświęcanie jednych wątków, żeby rozwinąć inne (długa scena z beczkami kosztem mrocznej puszczy) jest zwyczajnie bezzasadne. Prawdę mówiąc mam nadzieję, że za jakiś czas pojawi się w sieci zmontowany przez fanów Hobbit w wersji 100% Hobbita w Hobbicie.

 

 

No i zabrakło mi Phobsowej Blondyneczki jedynego słusznego Saurona:

Wyzwania, wyzwania…

Jakoś tak się złożyło, że rok 2014 został rokiem wyzwań. Literackich i okołoliterackich – szczerze mówiąc mam nadzieję, że tylko takich. No wiecie, jak wkroczy na scenę „Co?! Ja nie zrobię?!”, to się może po prostu zrobić niebezpiecznie dla zdrowia. Jak na razie biorę udział w dwóch i zastanawiam się nad trzecim. Czwarte chyba zostawię na przyszły rok, bo robi się tego wszystkiego dużo.

Może od początku: co to jest takie wyzwanie i z czym to się je? Pytanie nie takie banalne, bo spotkałam się już kilkukrotnie z pytaniami o co dokładnie chodzi. Najprościej mówiąc: o to, by przeczytać książki z danej listy. Oraz, zazwyczaj, zrobić coś jeszcze. Wyzwania plenią się w środowisku blogowym, więc najczęściej by „zaliczyć” wyzwanie wypada napisać recenzję przeczytaj książki. Należy jednak pamiętać, że wyzwania mają motywować do przełamywania barier, sięgania po dotąd nieznane terytoria, a może nawet zwyczajnie ruszenia tyłka do biblioteki. Traktowanie ich jak smutnego obowiązku zupełnie mija się z celem.

Przez pięć lat studiów strasznie się czytelniczo zapuściłam. Liczba czytanych książek rocznie spadła o połowę, jak nie więcej (nie mam dokładnych statystyk) i jakoś tak zaczęły mnie przytłaczać zaległości. Z osoby która zapytana o cokolwiek mówiła „ta, czytałam” zostałam zredukowana do „a, to, mam na liście czytelniczej” albo, co gorsza, „od dwóch lat leży na tym stosie koło łóżka”. Słowem: mam straszne tyły. Peleton odsadził mnie tak bardzo, że zaczynam myśleć o walce o nagrodę czerwonej latarni.
I jakoś tak od słowa do słowa – a zaczęło się w ogóle od książek z BookRage, kupowanych i nie czytanych zarówno przeze mnie jak i przez Freę – padło na to, żeby sobie zrobić wyzwanie. Tak prywatnie, w małym gronie (oczywiście grono już się rozrosło i zapraszam wszystkich chętnych do udziału. Lista znajduje się tutaj a temat z dokładniejszymi wyjaśnieniami – oraz miejscem na późniejsze dyskusje o przeczytanych książkach – jest tutaj). Żeby było zabawniej (w końcu rozmowa toczyła się pod koniec sześciodniowego sylwestra), żadna książka z BookRage’y nie trafiła do konkursu, za to pomyliliśmy Dickensa z Twainem (nie pytajcie…). Jak wyzwanie, to wyzwanie! Szczególnie, że cel był taki, żeby przeczytać to, co wypadałoby przeczytać dawno temu, a wciąż się po to nie sięgnęło.

Drugie wyzwanie w którym biorę udział to wyzwanie typowo blogowe, 30-dniowe wyzwanie książkowe. Wedle tej instrukcji:

Trzeba przez 30 dni codziennie coś skrobnąć na zadane pytanie. Niektóre są proste, inne niekoniecznie. Zobaczymy jak mi pójdzie. Może wreszcie ruszę bloga ;)

Wyzwanie nad którym się zastanawiam, to wyzwanie nakazujące czytać jedną publikację branżową miesięcznie. Tych też mi się nagromadziło na półkach i stosach i leżą nietknięte lub napoczęte – a przecież ja do diabła lubię swoją pracę! Jeszcze nie wiem, czy czasowo dam radę, ale zobaczę jak się uda.

Wyzwanie zostawione na przyszły rok, to wyzwanie Eksplorując nieznane. Nie biorę w nim udziału w tym roku z braku czasu, ale sama idea czytania klasyki SF zdecydowanie do mnie przemawia.

Wzywania ilościowego sobie nie stawiam. Jakoś nie przemawia do mnie czytanie książek na akord, chociaż oczywiście nie neguję, że dla kogoś innego będzie to świetną motywacją.

Kto jeszcze nie wie, temu obwieszczam: NaNoWriMo 2013 nadciąga wielkimi krokami. W chwili gdy to piszę jest 20:55, więc do początku Literackiej Sraczki zostały trzy godziny i pięć minut. Potem – podobnie jak setki tysięcy innych wariatów na całym świecie – znikam z powierzchni życia towarzyskiego na jakiś miesiąc. Jeśli dobrze pójdzie to dwadzieścia dni, chociaż z różnych przyczyn będę się starała ukończyć NaNo przed 10 listopada (mam świadomość, że to nierealne, ale niestety, życie nie pozostawia mi wiele wyboru, będę starała się nabić jak najwięcej i potem mieć nadzieję).

Chyba nie muszę wyjaśniać, czy jest NaNoWriMo, potoczne określane w Polsce jako NaNo? Zasady są proste: należy napisać powieść. W miesiąc. Żeby było łatwiej, ta powieść ma określoną objętość minimalną, czyli 50 tysięcy słów. To mało jak na powieść, ale dużo jak na pisanie w miesiąc, szczególnie, jeśli ma się jeszcze inne obowiązki, na przykład pracę wymagającą siedzenia po 8 godzin przy operacji zmiany kasty z „chiński badziew” na „produkt ekskluzywny”. Nie pytajcie o szczegóły, po prostu nie wierzcie zdjęciom w katalogach sprzętu gospodarstwa domowego.

Jeśli są jacyś chętni do wzięcia udziału w NaNo – nie jest za późno (właściwie przed 30 listopada nigdy nie jest za późno, są tacy, którzy NaNo zaczną pisać jutro i jutro też skończą). Tradycyjnie zapraszam na stronę nanowrimo.org oraz na polskie forum. W komentarzach pod wpisem też oczywiście chętnie udzielę wszystkich informacji, szczególnie, że jestę eMLę, czyli przedstawicielką imprezy na Polskę.

To moje czwarte NaNo. Pierwsze upłynęło pod znakiem „Przeklnij me imię” – tekstu, do którego na pewno kiedyś wrócę, ale zapewne po prostu napiszę go na nowo, bo moje pierwsze NaNo było sromotną porażką. Poddałam się po jakichś 20k kompletnego bełkotu (pojedyncza sceny są dobre, problem w tym, że nie ta sama rzecz opisana jest kilka razy i to w sposób wykluczający amputację…). Nie oznacza to oczywiście, że każdy kto pisze pierwszy raz skazany jest na porażkę, wręcz przeciwnie.

Za drugim razem pisałam pierwszą połowę drugiej części Colta i tu poszło jak z płatka. W zeszłym roku też pisałam Colta, tym razem trzecią część, na wariata, bez przygotowania i pomysłu – cieszę się, bo napisałam parę świetnych scen i wymyśliłam kilka ważnych rzeczy. I wymyśliłam intrygę, która jest stanowczo za duża do tego tekstu, ale to oznacza tylko tyle, że będzie można ją wykorzystać gdzie indziej.

W tym roku odgrzebuję stary pomysł. Ma dobre dwa, czy może nawet trzy lata. Przeszedł dużą ewolucję – do historii dwóch synów dziwki, którzy zdobywają władzę nad światem wmawiając wszystkim, że jeden z nich jest magiem -w świecie gdzie nie ma magii – poprzez historię dwóch synów dziwki, którzy zdobyli władzę nad światem, wmawiając wszystkim, że jeden z nich jest magiem – w świecie gdzie nie ma magii – ale sprawa się rypła i teraz muszą ŻYĆ PO (uwielbiam ten motyw), aż po wersję obecną, łączącą obie te sprawy. Żeby nie było za łatwo, jedna część będzie pisana w kolejności chronologicznej, druga – odwrotnie chronologicznej, znaczy tak: rozdziały opowiadające „po” będą szły normalnie w kolejności. Przeplatane będą rozdziałami o tym co było „przed” pisanymi od końca ([scena ostatnia], [scena przedostatnia], itd.)

W związku z taką cokolwiek skomplikowaną konstrukcją, pierwszy raz mam napisany taki, hm, dokładny konspekt, którego powinnam się trzymać. Wcześniej albo nie miałam nic, albo jedynie zbiór punktów bardziej po to, żeby o czymś nie zapomnieć, niż żeby twardo trzymać się kolejności i objętości. Nie lubię wiedzieć co będę pisała – skoro już jest wymyślone, to co to za zabawa? Tak więc mój konspekt zawiera raczej hasła niż konkrety.

Ach, konkrety… jeśli ktoś panikuje, bo nie ma jakiejś nazwy własnej i gdzieś zawieruszyła się mapka, to niech nie desperuje. Ja mam imiona części bohaterów, żadnych nazwisk, żadnych nazw własnych, żadnej geografii. Główny zły ma właściwie rolę fabularną i nic poza tym. Będę wymyślała na bieżąco i wierzę, że google translate mnie nie zawiedzie, bo w tym roku wszystkie obce słówka będą… po niderlandzku. I chyba coś się znajdzie po łotewsku. A to z prostego powodu…

To NaNo nie zapowiadało się jakoś wyjątkowo. To znaczy – bardziej wyjątkowo niż zawsze. Standardowo wyzwanie sowie na 11 listopada, wyzwania cotygodniowe (w tym roku są to tytuły powieści :3 bójcie się)… A tu nagle WYPOWIEDZIANO NAM WOJNĘ. I to nie byle kto się porwał na majestat Rzeczpospolitej NaNowczej, bo Łotysze. I proszę nie cmokać lekceważąco. Zasady wyzwania są takie, że prawo do naśmiewania się z przegranego zdobywa ten region w którym napisze się więcej słów na głowę… Czujecie? Łotwa to mały region, który rozniósł już Włochy i Estonię. Czy Polska ma szanse wygrać? Setki martwych dusz w regionie nie wróżą pomyślnie. Ale, momencik… oni tam nawet nie mają zimnoków, a nam niestrasznie politbiuro, bo przecież mamy naszą tajną polską wunderwaffe: CO?! JA NIE ZROBIĘ?!

Ni śnieg, ni deszcz, ni łotewskie politbiuro…!