Jeśli jesteś właścicielem tej strony, możesz wyłączyć reklamę poniżej zmieniając pakiet na PRO lub VIP w panelu naszego hostingu już od 4zł!

Archive for the ‘ alternative shit (sztuka nowoczesna) ’ Category

Jak wyrocznia czy proroctwo, książka przekazuje wypowiedź pochodząca ze źródła, czyli od tego, kto naprawdę „powiedział” lub napisał książkę […] Nie ma sposobu by spierać się z tekstem. Nawet po całkowitym obaleniu jego tez tekst głosi dokładnie to samo co przedtem. […] Tekst przekazujący […] fałsz będzie głosił fałsz zawsze, jak długo ów tekst będzie istniał. Teksty są z natury krnąbrne.

Walter J. Ong, Pismo a struktura świadomości [w:] Antropologia słowa, Warszawa, Wydawnictwo Uniwersytetu Warszawskiego 2003, s. 368.

To tak w razie, gdyby ktoś chciał mi powiedzieć, że umarłam i że można opowiadać, ze napisałam co tam się komu podoba.

Motto na dziś:

gran torino

Żeby nie było, że depczę po kimś kogo nie przedstawiłam:

http://www.liberatura.pl/teksty-dostepne-na-stronie.html

A teraz parę słów ode mnie:

Wielkość literatury to właśnie to, że jest niezależna od fizycznej formy. Że niezależnie od koloru okładki i kroju czcionki przekaz pozostanie ten sam. Wolumen to jedynie fizyczna postać czegoś niematerialnego. Literatura to nie kategoria graficzna.  Fizyczna strona książki pełni jedynie funkcję marketingową oraz ułatwiająca odbiór. To, że książek nie drukuje się czerwoną czcionka na różowym papierze wynika z tego, że o wiele łatwiej czytać jest czarne litery na jasnym tle. Okładka, czcionka, układ łamów – to wszystko nie odgrywa – i odgrywać nie powinno poza uzasadnionymi przypadkami – żadnej roli w interpretacji. Bo rzeczą pisarza jest pisać tak, by wszystko zawierało się w tekście. Fajerwerki graficzne mogą przyciągnąć czytelnika, ale nic poza tym. To, że książka ma na okładce ma jakieś różowo-zielone obrzydlistwo nie oznacza, że zawartość nie mogła zostać nagrodzona Hugo czy inną prestiżową nagrodą. Po prostu grafika mają w wydawnictwie daltonistę… Pomysł liberatury jest więc absurdalny z samego założenia, wewnętrznie sprzeczny i pozbawiony krztyny sensu. I jednocześnie potraktowany być może jako objaw ostatecznego upadku literatury.

Zenon Fajfer utrzymuje, że następuje powolny zmierzch literatury, i jeśli nie nastąpi ‚postęp’ i ‚zmiana’ to pozostanie nam tylko powiedzieć książkom „do widzenia”. Nie wiem, jakie książki pan Fajfer czyta, być może po prostu słabe i produkowane przez jemu podobnych, pozbawionych talentu, acz nie ambicji zostania pisarzem – ale ja jakoś zmierzchu literatury się nie dopatrzyłam. Być może wynika to z faktu, że od „głównonurtowej”, promowanej w mediach papki trzymam się z daleka. W tym, czy innym miejscu rynek wydawniczy zalewany jest ogromną ilością pseudoliterackiego śmiecia, czy w lepszym wypadku mdłych czytadeł, ale i w innych epokach nie każdy pisarz był Dukajem i też pełno było poczytajek. Owszem, nie uważam że obniżanie poziomu literatury drukowanej (jakiego na przykład dokonuje sukcesywnie Fabryka Słów) jest dobre, ale, na miłość boską, książka źle napisana i cierpiąca na doraźny brak sensu jest o wiele mniej absurdalnym i groźnym pomysłem niż określenie mianem książki butelki po wódce do której włożono foliogram z jakimś bełkotem.

„Liberaturę” potraktować mogę jako jakiś rodzaj sztuki graficznej i wrzucić do jednego worka razem z rozlicznymi „artystami”, których nazwisk nikt nie pamięta, a którzy pozostają w pamięci jako cień swoich „dzieł” – drzewa obwieszonego foliowymi siatkami, różowej kołdry w studni, czy warszawskiej palmy. Na całe szczęście jednak tego typu eksperymenty – przynajmniej w materii literackiej – pozostaną eksperymentami popularnymi w pewnej grupie osób – i niech im to wyjdzie na zdrowie. Ja podziękuję.

Fajfer postuluje przerost (fizycznej) formy nad treścią, podczas gdy fizyczność tomu nie ma i nie powinna mieć żadnego wpływu na powieść, jej wymowę, konstrukcję, fabułę, interpretację. Niezależnie od tego czy przeczytam „Wgrzeszników” Cadigan w wersji książkowej, czy elektronicznej moja percepcja będzie identyczna – i o to właśnie chodzi! Fajfer chce postępu. Ale postęp to wzrost wygody, użyteczności, a nie bezzasadne skomplikowanie czy udziwnienie. Odnieść można wrażenie, że jakkolwiek pan Fajfer pisać kompletnie nie potrafi tak koniecznie chce zaistnieć na arenie literackiej. Koniecznie chce ‚postępu’, gdyż niestety w ‚tradycyjnej’ literaturze nie ma dla niego miejsca.

Najśmieszniejsze i jednocześnie najżałośniejsze „Aneksie…” było głębokie przekonanie autora, że oto wymyślił coś nowego, coś zaskakującego, coś absolutnie oryginalnego. Co nie przeszkadza mu powoływać się na prace Malarme z lat nastych XX wieku, czy zaliczać do klasyki liberatury prac postmodernistycznych tworzonych w latach 60. tegoż. Nazywa coś co od dawna istnieje i ma się całkiem nieźle bez jego dziwacznych i pozbawionych sensu ‚manifestów’. O Zenonie Fajferze zdołałam dowiedzieć się tylko tyle, że jest ‚twórcą i teoretykiem liberatury’. Czyżby wymyślił coś, co już dawno wymyślono przed nim i to jedyne jego osiągnięcie? A więc czytając jego „Aneks…” nie brodzę w bełkocie, ale obcuję z geniuszem, no bo wszak nie każdy wymyślił cos jeszcze przed narodzeniem!

„Aneks…” był chyba najbardziej pozbawioną sensu i związku z rzeczywistością rzeczą, jaką w życiu czytałam (choć może młoda jeszcze jestem i wszystko przede mną). O ile „Sto tysięcy miliardów wierszy” Raymonda Queneau mogę uznać za ciekawy eksperyment – i to wolny od dziwacznych pseudooryginalnych pomysłów Fajfera – tak „Spoglądając przez ozonowa dziurę” z literaturą ma mniej wspólnego niż wypełniona 40% zawartością butelka – bo nie jeden literat sobie podpijał, a z pustego to i Salomon nie naleje. Liberatura? Ot pusta flaszka do której ktoś wetknął kawałek folii z bezsensownymi napisami. Czyżby to literatura wołała o pomoc? No bo według Fajfera umiera biedaczka z głodu i pragnienia gdzieś na bezludnej wyspie… Ja mam zdanie odmienne. Może dlatego, że czytam?