To mnie zagięło, przyznaję. Książki często-gęsto poszerzają moją wiedzę z jakiejś dziedziny, albo zapoznają mnie z nowymi… ale żeby tak… zmienić moją opinię…? Naprawdę trudno mi coś takiego wymyślić… I wtedy mi się przypomniało.

Literackie objawienie.

Wszyscy znamy Stefana Żeromskiego. A w każdym razie większość rozpoczęła i zakończyła swoją z nim znajomość na dowolnie krótkim fragmencie „Syzyfowych prac”. Ewentualnie dobrnęło do przeciętnego (ale dającego się czytać!) „Przedwiośnia”. Moja opinia o Żeromskim była prosta: łojeżusiu co za nudziarz. „Przedwiośnie” spoko, ale „Syzyfowe prace” jakaś totalna pomyłka. I nagle, w czasie przygotowywania się do egzaminu z pozytywizmu i Młodej Polski – szok. Przeglądałam BNkę z opowiadaniami Żeromskiego, czytając na wyrywki po parę zdań, żeby ogólnie ogarnąć.

I wtem stał się „Pavoncello”.

A ja zakochałam się w Żeromskim.