„1Q84″ tom 2 i znowu porcja szalonych cytatów z Murakamiego.
– Widziałeś Niagarę.
Tamaru skinął głową.
– To było najnudniejsze miasto na świecie. Spędziłem tam sam trzy dni, nie było nic do roboty prócz słuchania wodospadu. Hałas taki, że nawet książki nie dało się poczytać.
– Czechow powiedział – odezwał się Tamaru, powoli wstając – że jeżeli w opowieści pojawi się pistolet, to musi wystrzelić.
– O co mu chodziło?
Tamaru stanął na wprost Aomame. Był zaledwie o kilka centymetrów wyższy.
– Chodziło o to, że nie należy wprowadzać do opowieści niepotrzebnych rekwizytów. Jeżeli pojawia się pistolet, to później ktoś powinien z niego strzelić. Lubił pisać powieści pozbawione niepotrzebnych ozdobników.
Aomame wygładziła rękawy sukienki, zarzuciła torbę na ramię.
– I to ci nie daje spokoju. Że jeżeli pojawi się pistolet, to koniecznie ktoś będzie musiał gdzieś z niego wystrzelić.
– Z punktu widzenia Czechowa tak jest.
– Dlatego, w miarę możliwości, wolałbyś mi nie dawać pistoletu.
– To niebezpiecznie i nielegalne. A poza tym Czechow to pisarz godzien zaufania.
Zęby miał nierówne, kręgosłup skrzywiony pod dziwnym kątem, czubek wielkiej głowy nienaturalnie płaski i łysy, o nieregularnym zarysie. To płaskie miejsce przypominało lądowisko helikopterów wojskowych zbudowane na strategicznie ważnym wzgórzu. Widział takie na filmie dokumentalnym o wojnie w Wietnamie. Kępki grubych, czarnych, kręconych włosów jakby przywarły do płaskiej i nieregularnej głowy, nadmiernie urosły i bez przeszkód opadały na uszy. Te włosy dziewięćdziesięciu ośmiu osobom na sto przywiodłyby na myśl włosy łonowe. Tengo nie potrafił ocenić, z czym skojarzyłyby się pozostałym dwóm osobom.
Pokój nie był szczególnie imponujący. Na ścianie wisiał duży obraz olejny przedstawiający jakieś góry. Uwagę zwracało jedynie to, że malarz musiał zużyć dużo farby. W wazonie ułożono kwiaty przypominające dalie. Drętwe rośliny przywodzące na myśl mało rozgarniętą kobietę w średnim wieku.
– Stworzenie albo odkrycie czegoś ważnego wymaga czasu i pieniędzy. Oczywiście nie jest też tak, że jeśli przeznaczy się na coś dużo czasu i pieniędzy, to zawsze powstanie coś wspaniałego. Ale temu, kto dostaje dużą kwotę, na pewno to nie przeszkadza.
– Tylko na niego zerknęłam, ale od razu wydał mi się jakiś nieprzyjemny.
Tengo wsadził wizytówkę do portfela.
– Sądzę, że gdybyś mu się długo przyglądała, to wrażenie zupełnie by się nie zmieniło.
– Kiedy Hideki Tōjō został po wojnie schwytany przez armię amerykańską, zamierzał sobie strzelić w serce, przyłożył lufę do piersi i pociągnął spust, ale spudłował. Kula trafiła w żołądek i nie umarł. To beznadziejne, że człowiek, który stał na czele zawodowej armii, nie potrafił się nawet porządnie zastrzelić.
– Byłeś w Siłach Samoobrony, tak? – zapytała Aomame.
– Tak, w najgorszych oddziałach. Zmuszali nas do jedzenia myszy, wężów i szarańczy. Da się to zjeść, ale smaczne nie jest.
Pracowałem w ochronie, głównie jako bodyguard. Czasami byłem raczej kimś w rodzaju goryla.
Ta logika mnie przerasta.
Oczywiście nie powiedziałby jej, że masturbował się, przywołując w myślach jej postać. To kwestia o nieco innym wymiarze niż szczerość.
Pisywał do magazynu kobiecego wyssane z palca horoskopy. Cieszyły się popularnością, ale szczerze mówiąc, były to zwykłe bzdury.
Lecz niestety przyjaźń ta miała granice. Ayumi była policjantką w czynnej służbie, a Aomame seryjną morderczynią. Co prawda uczciwą morderczynią przekonaną o swojej słuszności, ale morderstwo to zawsze morderstwo.
– Dobrze. Lepiej nie mieć bagażu. I jest wprost idealnie, gdy fikus wystarcza za całą rodzinę.
Pewna myszka spotkała na strychu dużego kocura. Zagonił ją w kąt, nie miała jak uciec. Drżąc, powiedziała: „Bardzo proszę, panie kocie, niech pan mnie nie zjada. Muszę wrócić do rodziny. Głodne dzieci czekają. Proszę mi darować życie”. Na to kot: „Nie martw się. Nie zjem cię. Prawdę mówiąc – choć zwykle się do tego nie przyznaję – jestem wegetarianinem. W ogóle nie jem mięsa. Miałaś szczęście, że na mnie trafiłaś”. Na to myszka: „Co za cudowny przypadek! Co ze mnie za szczęściara! Trafiłam na kota wegetarianina!”. Lecz w następnej chwili kot przyskoczył do myszki, przytrzymał ją mocno pazurami i zatopił w jej gardle ostre zęby. Ginąc w wielkich cierpieniach, myszka ostatnim tchem zadała pytanie: „Czy pan mnie okłamał? Przecież powiedział pan, że jest wegetarianinem i w ogóle nie je mięsa”. Oblizując się, kot powiedział: „Nie, to nie kłamstwo. Rzeczywiście nie jem mięsa. Dlatego zabiorę cię ze sobą i wymienię na sałatę”.
Aomame zamyśliła się na chwilę.
– I o co chodzi w tej historii?
– O nic nie chodzi. Rozmawialiśmy przed chwilą o szczęśliwym trafie, więc nagle ją sobie przypomniałem. To wszystko. Oczywiście jak chcesz, możesz doszukiwać się w niej jakiegoś znaczenia.
Każdy doświadczony redaktor w mniejszym lub większym stopniu przyswaja sobie tę umiejętność, ale Komatsu był naprawdę wyjątkowo dobry w mówieniu tego, czego nie myślał, z niezmienionym przy tym wyrazem twarzy.
Wolał w miarę możliwości nie wiedzieć, jakiemu mężczyźnie podkrada żonę. Uważał, że tak będzie w pewien sposób taktowniej.
– kochał ją pan
– Chyba tak – powiedział Tengo. Pod pewnymi warunkami i w ograniczonym zakresie, dodał w myślach.
– ona też pana kochała
– Chyba tak. Do pewnego stopnia.
– mieliście stosunki
Minęło kilka chwil, zanim uświadomił sobie, że chodzi jej o „stosunki płciowe”. Było to dla niej bardzo nietypowe wyrażenie.
– Oczywiście. Przecież nie przychodziła tu co tydzień grać w monopol.
– lubił pan mieć stosunki
– Chodzi ci o to, czy lubiłem mieć stosunki z tą kobietą? – Tengo zmienił to w zrozumiałe pytanie. Fukaeri skinęła głową.
– Myślę, że tak. Był to stosunek z osobą przeciwnej płci, do której czuje się sympatię. Myślę, że większość ludzi to lubi.
Poza tym, pomyślał, ona była w tym świetna. Tak jak w każdej wsi jest jeden chłop świetny w nawadnianiu pól, ona była świetna w seksie. Lubiła to robić na różne sposoby.
– I potem zgwałcił pan własną córkę?
– Obcowałem z nią. To słowo jest znacznie bliższe prawdy. A poza tym obcowałem z córką tylko w formie pojęcia. Obcowanie to wieloznaczne słowo. Ale sedno tkwi w tym, że staliśmy się jednym. Perceiver z receiverem.
Aomame potrząsnęła głową.
– Nie mogę zrozumieć, co pan mówi. Odbył pan stosunek płciowy z własną córką czy nie?
– Ta odpowiedź zawsze będzie brzmiała: i tak, i nie.
– Czy tak samo było w przypadku Tsubasy?
– Tak samo. Zasadniczo tak samo.
– Lecz macica Tsubasy została naprawdę zniszczona. Mężczyzna potrząsnął głową.
– Ty widziałaś jej postać pojęciową, a nie rzeczywistą.
Rozebrał się i włożył piżamę. Przebierając się, zastanawiał się, kiedy ostatnio ją prał. Nie mógł sobie przypomnieć, więc pewnie dość dawno. Ale na szczęście nie śmierdziała potem. Tengo z natury mało się pocił. I jego pot miał raczej mało intensywny zapach. Ale mimo to powinienem częściej prać piżamę, wyrzucał sobie. Bo przecież nie wiadomo, co się może zdarzyć w tym niepewnym życiu. Częste pranie piżamy to jeden ze sposobów na radzenie sobie z tą niepewnością.
Grzmoty gwałtownie przybrały na sile. Teraz już zaczęło padać. Deszcz, jakby oszalały z gniewu, uderzał z boku w szyby. Powietrze było lekkie, zdawało się, że świat stopniowo zmierza ku ponuremu końcowi. Może tak samo było w czasie potopu za czasów Noego? Jeżeli tak gwałtownie waliły pioruny, to załadowanie na niewielką arkę pary nosorożców, lwów czy pytonów musiało być bardzo przygnębiającym zadaniem. Każda para miała zupełnie inny tryb życia, środki porozumienia były ograniczone, a poza tym na pewno strasznie śmierdziało. Słowo „para” przypomniało mu Sonny’ego i Cher. Ale być może umieszczenie Sonny’ego i Cher w arce Noego jako przedstawicieli pary gatunku ludzkiego nie byłoby najwłaściwszym wyborem. Może nie całkiem nieodpowiednim, ale zapewne znalazłyby się inne pary bardziej nadające się na próbkę gatunku.
Tengo wyobraził sobie, że to oni dwoje zostali wybrani w miejsce Sonny’ego i Cher jako para ludzi do arki Noego. Ale ich też nie można było nazwać odpowiednią próbką rodzaju ludzkiego. Ta myśl wywołała w nim niepokój. Chcąc przestawić myśli na inne tory, wyobraził sobie, jak Sonny i Cher zaprzyjaźniają się w arce z parą pytonów.
Przez pewien czas zastanawiał się nad przyjaźnią Sonny’ego i Cher z parą pytonów. Czy mieliby jakieś wspólne tematy? Jeśli tak, to jakie? Czy śpiewaliby piosenki? Kiedy wkrótce zabrakło mu wyobraźni do myślenia o arce pośród burzy, zaczął w pamięci mnożyć przez siebie trzycyfrowe liczby. Często to robił, uprawiając seks z kochanką.
W końcu po długiej i ciężkiej walce doszedł do wniosku, że najwyraźniej Zbór nie chce, żeby się z nim kontaktować. To na dobrą sprawę było bardzo dziwne. Kiedy im przyjdzie ochota, chodzą po domach innych ludzi. Nie przejmują się tym, czy ktoś akurat włożył do piekarnika suflet, czy coś lutuje, bierze prysznic, tresuje domową mysz, czy rozmyśla nad funkcjami kwadratowymi. Po prostu naciskają dzwonek albo pukają do drzwi i z uśmiechem proponują: „Może poczytamy razem Pismo Święte?”. Oni mogą sobie przychodzić, ale człowiek nie może iść się z nimi spotkać (o ile nie zostanie wyznawcą). Nie można im nawet zadać prostego pytania. To jednak dość niedogodne.
(…) unosił się księżyc. Mniej więcej trzy czwarte do pełni. Jest biały dzień, a już widać taki wyraźny i duży księżyc, zachwycił się Tengo. Pamiętał to. Ta nieczuła, szara, skalna bryła wisiała bezczynnie nisko na niebie jakby zawieszona na niewidzialnej nitce. Otaczała ją jakaś atmosfera sztuczności. Na pierwszy rzut oka księżyc zdawał się teatralną dekoracją do jakiejś sztuki. Ale oczywiście był prawdziwy. To zrozumiałe. Nikt nie zadaje sobie trudu, żeby na prawdziwym niebie wieszać sztuczny księżyc.
Powietrzna poczwarka miała formę powieści fantastycznej, ale całkiem dobrze się ją czytało.
Dzięki, panie Murakami, dobrze wiedzieć :P
Nie zawiadamiając policji, nie mówiąc nic wiernym, po cichu pozbyli się zwłok. Ona nie miała nic przeciwko temu. Nie był to dla niej duży problem. Nie ma znaczenia, co zrobili ze zmarłym. To w końcu był zmarły. I tak nie żył.
Wijąc się i wykręcając na wszystkie strony, jakoś wpasowała się w stanik z fiszbinami i poduszeczkami, myśląc o tym, że chciałaby mieć trochę większe piersi. Do tej pory myślała o tym samym, stojąc przed lustrem, jakieś siedemdziesiąt dwa tysiące razy. Ale to nie szkodzi. Mogę sobie myśleć, o czym chcę, tyle razy, ile chcę. I co z tego, że teraz myślę o tym po raz siedemdziesiąt dwa tysiące pierwszy? Przynajmniej póki żyję, będę sobie myślała, o czym chcę, jak chcę i kiedy chcę. Nikomu nie pozwolę się w to wtrącać.
Autostrada stołeczna numer 3 w stronę miasta była zgodnie z przewidywaniami kierowcy strasznie zatłoczona. Korek zaczął się już niecałe sto metrów po wjeździe. Był tak imponujący, że można by go umieścić w zestawie korków modelowych.
Atrakcyjna pani w średnim wieku za kierownicą mercedesa nadal nie odrywała wzroku od Aomame. Ona, tak samo jak inni, chyba też nie bardzo rozumiała znaczenie tego pistoletu. Inaczej prawdopodobnie odwróciłaby wzrok, pomyślała Aomame. Bo gdyby zobaczyła, jak rozpryskuje się mózg, pewnie nie mogłaby dziś zjeść ani obiadu, ani kolacji. Lepiej odwróć wzrok, dobrze ci radzę, zwróciła się w myślach do kobiety. Chyba widzisz, że nie przymierzam się tu do mycia zębów. Mam w ustach lufę niemieckiego pistoletu automatycznego firmy Heckler und Koch. I skończyłam się modlić. Powinnaś wiedzieć, co to znaczy. Ostrzegam cię. Poważnie cię ostrzegam. Odwróć wzrok, na nic nie patrz i wróć tym nowiutkim srebrnym mercedesem prosto do domu. Do pięknego domu, w którym czekają twój drogi mąż i dzieci. I żyj dalej swoim łatwym i spokojnym życiem. Ktoś taki jak ty nie powinien patrzeć na takie rzeczy. To prawdziwy brzydki pistolet nabity siedmioma brzydkimi dziewięciomilimetrowymi nabojami. A poza tym Antoni Czechow powiedział, że jeśli w opowieści pojawia się pistolet, musi kiedyś wystrzelić. Takie są zasady rządzące opowieścią.