HPMOR

Raistlin Majere had severed ties with his brother because he wanted to become a god, not because he was incompetent at personal relationships and unwilling to take advice on how to do better.

HPMOR

Heh, najlepszy fanfik potterowski doczekał się własnej strony -> http://hpmor.com :) I nareszcie rusza z kopyta, nowy rozdział już jest, kolejny już w czwartek :D

No i znowu mam ochotę na powtórkę z „Legend” albo chociaż „Kronik Raistlina”…

Trzymam właśnie w łapkach cudeńko: „Gofred” Tassa-Kochanowskiego Romana Pollaka, wydanie z 1922 roku. I znowu cierpię, bo nie mam nigdzie takiego kroju pisma T.T (pozostaje mi Linux Libertine po paru barbarzyńskich przeróbkach). Niemniej:

Ideał przekładu leżący między temi dwoma biegunami [przekładem dosłownym i przekładem nazbyt wolnym - h.] osiągnąć może tylko tłumacz-artysta zdolny iść po linji największego oporu. Jedną z sił głównych będzie dlań intuicja, która jak trawiący płomień przeniknie cały organizm oryginału, pozwoli go przeżyć tak jak genjalny aktor przeżywa swą rolę – a potem dopiero może rozpocząć niezwykle skomplikowany proces chemiczny i organiczny: odtworzenie pierwowzoru w innym języku. Wybitną rolę odegra tutaj siła sugestji oryginału czy – jak chcą inni – rodzaj metempsychozy, sympatje, pokrewieństwa i podobieństwa warunków, wśród jakich powstają oba dzieła i tworzą obaj autorzy.

Roman Pollak, „Gofred” Tassa-Kochanowskiego, Poznań, Gebethner i Wolff 1922, s. 6.

A tak w ogóle to bym sobie chciała z kimś podyskutować o kompetencjach autorskich tłumacza i takich tam, więc jak ktoś ma coś do powiedzenia to zapraszam :)

 

No, przyszedł czas na czytelnicze podsumowanie zeszłego roku. Przeczytałam 47 książek… Na wyróżnienie zasłużyły:

1. W kategorii syf :

- „Manipulacja” Iredyński bodaj Ireneusz. OMG.

2. W kategorii rozczarowanie:

- „Gra o tron” G.R.R. Martin

- „Zadra” tom 1 i 2, K. Piskorski – rozczarowanie na całej linii

3. W kategorii odkrycie:

- „Gates of Hell” Morris&Cherryh, ”Heroes in Hell” [antologia] i ogólnie cały cykl Heroes in Hell

- „Zły” Tyrmand

- „Księżniczka Marsa”  i”Gods of Mars” Edgar Rice Burroughs – cudeńko

- „Imię wiatru” Patrick Rothfuss – marysójność bohatera wprawdzie nieco rzygliwa, ale wierzę w autora

4. W kategorii przyjemne zaskoczenie:

- „The Paladin” C.J. Cherryh – nie dlatego, że to dobra książka, bo innych się po tej autorce nie należy spodziewać, ale dlatego, że na całe szczęście tytuł okazał się kompletnie z dupy wzięty.

5. W kategorii stara miłość nie rdzewieje:

- „Destroyer”, „Pretender”, „Deliverer” C.J. Cherryh – kolejna trylogia „Przybysza”. Druga trylogia chyba wciąż najlepsza (szczególnie „Defender”), ale to nie zmienia faktu, że lektura pierwsza klasa. Szczególnie fragmenty Deliverera skupiające się na Cajeirim. Teraz pora zabrać się za następną :3 (w marcu trzeci tom tej trylogii). BTW – w razie czego nawet nie patrzcie na okładki, spoilery są wypisane wielkimi pomarańczowymi (czy innymi rzucającymi się w oczy) literami.

6. W kategorii do odradzenia:

- „Oskarżona Wiera Gran” Agata Tuszyńska

 

Przeczytałam sporo książek po angielsku – za dużo, takie mam wrażenie, mam już dość czytania po angielsku – trochę mi to utrudnia życie, bo większość rzeczy, które mnie interesują mam właśnie po angielsku…

Chyba tyle celem podsumowania? Cała lista dostępna po lewej stronie. Jeśli ktoś ma jakieś pytania, albo chciałby podyskutować na temat której z tych książek, to bardzo chętnie :)

 

Wszystkiego najlepszego w nowym roku!

 

NaNoWriMo 2011 dzień 19

No i tyle wyszło z tego dzienniczkowania :D W każdym razie, dzisiaj w godzinach popołudniowych (po godzinie 17), zakończyłam NaNo. to znaczy pacnęłam 50k słów, z samym tekstem (135k jak widać na załączonym obrazku) jestem pewnie jakoś w okolicy połowy.

Jak było? Było fajnie ;) Czasami tragicznie, ale ogólnie to fajnie. Fajni ludzie jak zawsze. Fajne spotkania – szczególnie połownikowe w Sopocie – i wogle-wogle.

A moje wiekopomne dzieło? Jeszcze nie czytałam :D I raczej nie zamierzam w najbliższym czasie ;) Dużo lania wody (ach, te przemyślenia), spodziewam się miazgi. Chociaż pewnie i tak jeszcze coś dopiszę. Na razie rzecz musi się odleżeć tak, czy owak, a mam przecież rozgrzebaną pierwszą część w korekcie. Całość? Docieram dopiero do Wujcia Limona (Wujciu Limonie – użytkowniku używający takiego nicka – to nie ma nic wspólnego z tobą. Po prostu nie mam pomysłu na imię dla tej postaci), czyli powiedzmy do połowy (ale mogę się mylić… ;) )… połowy drugiej części. Bo się w trakcie NaNo wykluła trzecia. Ech…

Właściwie to powinnam sobie zrobić odpoczynek od pisania, ale przeca ciąg w 750… jutro mam plan napisania czegoś o Elim, ale pewnie dalej będę siedziała w Colcie. Bo magia trzeciego tygodnia trwa.

A jak znajdę to wrzucę mój felietonik o NaNo napisany na zajęcia. O.

A w ogóle to:
Gratuluję wszystkim którzy już skończyli.
Gratuluję Frzee wczoraj obronionej magisterki :D
Wszystkim którzy jeszcze piszę życzę powodzenia.

NaNoWriMo 2011 dzień 1

Sporo ludzi sobie robi takie pamiętniczki, czasami w formie wideo (odpuszczę wam :P ), więc i ja cosik naskrobię. Żeby mieć przerwę od NaNo właśnie.

A więc, cóż po pierwszym dniu? 6687 słów, czyli więcej niż zaplanowałam (4667) i znacznie więcej niż wynosi minimum (1667). Pisało się świetnie, trochę przyciężkawo na początku, ale jak już się wczułam w klimat to POSZŁO!

Cóż, przemyślenia? Sądzę, że wygram NaNo. Natomiast nie sądzę, żebym kiedyś skończyła ten tekst, taki jest rozwlekły :/ 13% za mną i wciąż nic się nie dzieje. Aczkolwiek rozmowa o gramatyce uniwersalnej i teorii uniwersaliów semantycznych to był fajny pomysł ^^

1Q84 tom 2

„1Q84″ tom 2 i znowu porcja szalonych cytatów z Murakamiego.

– Widziałeś Niagarę.
Tamaru skinął głową.

– To było najnudniejsze miasto na świecie. Spędziłem tam sam trzy dni, nie było nic do roboty prócz słuchania wodospadu. Hałas taki, że nawet książki nie dało się poczytać.

– Czechow powiedział – odezwał się Tamaru, powoli wstając – że jeżeli w opowieści pojawi się pistolet, to musi wystrzelić.

– O co mu chodziło?

Tamaru stanął na wprost Aomame. Był zaledwie o kilka centymetrów wyższy.

– Chodziło o to, że nie należy wprowadzać do opowieści niepotrzebnych rekwizytów. Jeżeli pojawia się pistolet, to później ktoś powinien z niego strzelić. Lubił pisać powieści pozbawione niepotrzebnych ozdobników.

Aomame wygładziła rękawy sukienki, zarzuciła torbę na ramię.

– I to ci nie daje spokoju. Że jeżeli pojawi się pistolet, to koniecznie ktoś będzie musiał gdzieś z niego wystrzelić.

– Z punktu widzenia Czechowa tak jest.

– Dlatego, w miarę możliwości, wolałbyś mi nie dawać pistoletu.

– To niebezpiecznie i nielegalne. A poza tym Czechow to pisarz godzien zaufania.

Zęby miał nierówne, kręgosłup skrzywiony pod dziwnym kątem, czubek wielkiej głowy nienaturalnie płaski i łysy, o nieregularnym zarysie. To płaskie miejsce przypominało lądowisko helikopterów wojskowych zbudowane na strategicznie ważnym wzgórzu. Widział takie na filmie dokumentalnym o wojnie w Wietnamie. Kępki grubych, czarnych, kręconych włosów jakby przywarły do płaskiej i nieregularnej głowy, nadmiernie urosły i bez przeszkód opadały na uszy. Te włosy dziewięćdziesięciu ośmiu osobom na sto przywiodłyby na myśl włosy łonowe. Tengo nie potrafił ocenić, z czym skojarzyłyby się pozostałym dwóm osobom.

Pokój nie był szczególnie imponujący. Na ścianie wisiał duży obraz olejny przedstawiający jakieś góry. Uwagę zwracało jedynie to, że malarz musiał zużyć dużo farby. W wazonie ułożono kwiaty przypominające dalie. Drętwe rośliny przywodzące na myśl mało rozgarniętą kobietę w średnim wieku.

– Stworzenie albo odkrycie czegoś ważnego wymaga czasu i pieniędzy. Oczywiście nie jest też tak, że jeśli przeznaczy się na coś dużo czasu i pieniędzy, to zawsze powstanie coś wspaniałego. Ale temu, kto dostaje dużą kwotę, na pewno to nie przeszkadza.

– Tylko na niego zerknęłam, ale od razu wydał mi się jakiś nieprzyjemny.

Tengo wsadził wizytówkę do portfela.

– Sądzę, że gdybyś mu się długo przyglądała, to wrażenie zupełnie by się nie zmieniło.

– Kiedy Hideki Tōjō został po wojnie schwytany przez armię amerykańską, zamierzał sobie strzelić w serce, przyłożył lufę do piersi i pociągnął spust, ale spudłował. Kula trafiła w żołądek i nie umarł. To beznadziejne, że człowiek, który stał na czele zawodowej armii, nie potrafił się nawet porządnie zastrzelić.

– Byłeś w Siłach Samoobrony, tak? – zapytała Aomame.

– Tak, w najgorszych oddziałach. Zmuszali nas do jedzenia myszy, wężów i szarańczy. Da się to zjeść, ale smaczne nie jest.

Pracowałem w ochronie, głównie jako bodyguard. Czasami byłem raczej kimś w rodzaju goryla.

Ta logika mnie przerasta.

Oczywiście nie powiedziałby jej, że masturbował się, przywołując w myślach jej postać. To kwestia o nieco innym wymiarze niż szczerość.

Pisywał do magazynu kobiecego wyssane z palca horoskopy. Cieszyły się popularnością, ale szczerze mówiąc, były to zwykłe bzdury.

Lecz niestety przyjaźń ta miała granice. Ayumi była policjantką w czynnej służbie, a Aomame seryjną morderczynią. Co prawda uczciwą morderczynią przekonaną o swojej słuszności, ale morderstwo to zawsze morderstwo.

– Dobrze. Lepiej nie mieć bagażu. I jest wprost idealnie, gdy fikus wystarcza za całą rodzinę.

Pewna myszka spotkała na strychu dużego kocura. Zagonił ją w kąt, nie miała jak uciec. Drżąc, powiedziała: „Bardzo proszę, panie kocie, niech pan mnie nie zjada. Muszę wrócić do rodziny. Głodne dzieci czekają. Proszę mi darować życie”. Na to kot: „Nie martw się. Nie zjem cię. Prawdę mówiąc – choć zwykle się do tego nie przyznaję – jestem wegetarianinem. W ogóle nie jem mięsa. Miałaś szczęście, że na mnie trafiłaś”. Na to myszka: „Co za cudowny przypadek! Co ze mnie za szczęściara! Trafiłam na kota wegetarianina!”. Lecz w następnej chwili kot przyskoczył do myszki, przytrzymał ją mocno pazurami i zatopił w jej gardle ostre zęby. Ginąc w wielkich cierpieniach, myszka ostatnim tchem zadała pytanie: „Czy pan mnie okłamał? Przecież powiedział pan, że jest wegetarianinem i w ogóle nie je mięsa”. Oblizując się, kot powiedział: „Nie, to nie kłamstwo. Rzeczywiście nie jem mięsa. Dlatego zabiorę cię ze sobą i wymienię na sałatę”.

Aomame zamyśliła się na chwilę.

– I o co chodzi w tej historii?

– O nic nie chodzi. Rozmawialiśmy przed chwilą o szczęśliwym trafie, więc nagle ją sobie przypomniałem. To wszystko. Oczywiście jak chcesz, możesz doszukiwać się w niej jakiegoś znaczenia.

Każdy doświadczony redaktor w mniejszym lub większym stopniu przyswaja sobie tę umiejętność, ale Komatsu był naprawdę wyjątkowo dobry w mówieniu tego, czego nie myślał, z niezmienionym przy tym wyrazem twarzy.

Wolał w miarę możliwości nie wiedzieć, jakiemu mężczyźnie podkrada żonę. Uważał, że tak będzie w pewien sposób taktowniej.

– kochał ją pan

– Chyba tak – powiedział Tengo. Pod pewnymi warunkami i w ograniczonym zakresie, dodał w myślach.

– ona też pana kochała

– Chyba tak. Do pewnego stopnia.

– mieliście stosunki

Minęło kilka chwil, zanim uświadomił sobie, że chodzi jej o „stosunki płciowe”. Było to dla niej bardzo nietypowe wyrażenie.

– Oczywiście. Przecież nie przychodziła tu co tydzień grać w monopol.

– lubił pan mieć stosunki

– Chodzi ci o to, czy lubiłem mieć stosunki z tą kobietą? – Tengo zmienił to w zrozumiałe pytanie. Fukaeri skinęła głową.

– Myślę, że tak. Był to stosunek z osobą przeciwnej płci, do której czuje się sympatię. Myślę, że większość ludzi to lubi.

Poza tym, pomyślał, ona była w tym świetna. Tak jak w każdej wsi jest jeden chłop świetny w nawadnianiu pól, ona była świetna w seksie. Lubiła to robić na różne sposoby.

– I potem zgwałcił pan własną córkę?

– Obcowałem z nią. To słowo jest znacznie bliższe prawdy. A poza tym obcowałem z córką tylko w formie pojęcia. Obcowanie to wieloznaczne słowo. Ale sedno tkwi w tym, że staliśmy się jednym. Perceiver z receiverem.
Aomame potrząsnęła głową.

– Nie mogę zrozumieć, co pan mówi. Odbył pan stosunek płciowy z własną córką czy nie?

– Ta odpowiedź zawsze będzie brzmiała: i tak, i nie.

– Czy tak samo było w przypadku Tsubasy?

– Tak samo. Zasadniczo tak samo.

– Lecz macica Tsubasy została naprawdę zniszczona. Mężczyzna potrząsnął głową.

– Ty widziałaś jej postać pojęciową, a nie rzeczywistą.

Rozebrał się i włożył piżamę. Przebierając się, zastanawiał się, kiedy ostatnio ją prał. Nie mógł sobie przypomnieć, więc pewnie dość dawno. Ale na szczęście nie śmierdziała potem. Tengo z natury mało się pocił. I jego pot miał raczej mało intensywny zapach. Ale mimo to powinienem częściej prać piżamę, wyrzucał sobie. Bo przecież nie wiadomo, co się może zdarzyć w tym niepewnym życiu. Częste pranie piżamy to jeden ze sposobów na radzenie sobie z tą niepewnością.

Grzmoty gwałtownie przybrały na sile. Teraz już zaczęło padać. Deszcz, jakby oszalały z gniewu, uderzał z boku w szyby. Powietrze było lekkie, zdawało się, że świat stopniowo zmierza ku ponuremu końcowi. Może tak samo było w czasie potopu za czasów Noego? Jeżeli tak gwałtownie waliły pioruny, to załadowanie na niewielką arkę pary nosorożców, lwów czy pytonów musiało być bardzo przygnębiającym zadaniem. Każda para miała zupełnie inny tryb życia, środki porozumienia były ograniczone, a poza tym na pewno strasznie śmierdziało. Słowo „para” przypomniało mu Sonny’ego i Cher. Ale być może umieszczenie Sonny’ego i Cher w arce Noego jako przedstawicieli pary gatunku ludzkiego nie byłoby najwłaściwszym wyborem. Może nie całkiem nieodpowiednim, ale zapewne znalazłyby się inne pary bardziej nadające się na próbkę gatunku.

Tengo wyobraził sobie, że to oni dwoje zostali wybrani w miejsce Sonny’ego i Cher jako para ludzi do arki Noego. Ale ich też nie można było nazwać odpowiednią próbką rodzaju ludzkiego. Ta myśl wywołała w nim niepokój. Chcąc przestawić myśli na inne tory, wyobraził sobie, jak Sonny i Cher zaprzyjaźniają się w arce z parą pytonów.

Przez pewien czas zastanawiał się nad przyjaźnią Sonny’ego i Cher z parą pytonów. Czy mieliby jakieś wspólne tematy? Jeśli tak, to jakie? Czy śpiewaliby piosenki? Kiedy wkrótce zabrakło mu wyobraźni do myślenia o arce pośród burzy, zaczął w pamięci mnożyć przez siebie trzycyfrowe liczby. Często to robił, uprawiając seks z kochanką.

W końcu po długiej i ciężkiej walce doszedł do wniosku, że najwyraźniej Zbór nie chce, żeby się z nim kontaktować. To na dobrą sprawę było bardzo dziwne. Kiedy im przyjdzie ochota, chodzą po domach innych ludzi. Nie przejmują się tym, czy ktoś akurat włożył do piekarnika suflet, czy coś lutuje, bierze prysznic, tresuje domową mysz, czy rozmyśla nad funkcjami kwadratowymi. Po prostu naciskają dzwonek albo pukają do drzwi i z uśmiechem proponują: „Może poczytamy razem Pismo Święte?”. Oni mogą sobie przychodzić, ale człowiek nie może iść się z nimi spotkać (o ile nie zostanie wyznawcą). Nie można im nawet zadać prostego pytania. To jednak dość niedogodne.

(…) unosił się księżyc. Mniej więcej trzy czwarte do pełni. Jest biały dzień, a już widać taki wyraźny i duży księżyc, zachwycił się Tengo. Pamiętał to. Ta nieczuła, szara, skalna bryła wisiała bezczynnie nisko na niebie jakby zawieszona na niewidzialnej nitce. Otaczała ją jakaś atmosfera sztuczności. Na pierwszy rzut oka księżyc zdawał się teatralną dekoracją do jakiejś sztuki. Ale oczywiście był prawdziwy. To zrozumiałe. Nikt nie zadaje sobie trudu, żeby na prawdziwym niebie wieszać sztuczny księżyc.

Powietrzna poczwarka miała formę powieści fantastycznej, ale całkiem dobrze się ją czytało.

Dzięki, panie Murakami, dobrze wiedzieć :P

Nie zawiadamiając policji, nie mówiąc nic wiernym, po cichu pozbyli się zwłok. Ona nie miała nic przeciwko temu. Nie był to dla niej duży problem. Nie ma znaczenia, co zrobili ze zmarłym. To w końcu był zmarły. I tak nie żył.

Wijąc się i wykręcając na wszystkie strony, jakoś wpasowała się w stanik z fiszbinami i poduszeczkami, myśląc o tym, że chciałaby mieć trochę większe piersi. Do tej pory myślała o tym samym, stojąc przed lustrem, jakieś siedemdziesiąt dwa tysiące razy. Ale to nie szkodzi. Mogę sobie myśleć, o czym chcę, tyle razy, ile chcę. I co z tego, że teraz myślę o tym po raz siedemdziesiąt dwa tysiące pierwszy? Przynajmniej póki żyję, będę sobie myślała, o czym chcę, jak chcę i kiedy chcę. Nikomu nie pozwolę się w to wtrącać.

Autostrada stołeczna numer 3 w stronę miasta była zgodnie z przewidywaniami kierowcy strasznie zatłoczona. Korek zaczął się już niecałe sto metrów po wjeździe. Był tak imponujący, że można by go umieścić w zestawie korków modelowych.

Atrakcyjna pani w średnim wieku za kierownicą mercedesa nadal nie odrywała wzroku od Aomame. Ona, tak samo jak inni, chyba też nie bardzo rozumiała znaczenie tego pistoletu. Inaczej prawdopodobnie odwróciłaby wzrok, pomyślała Aomame. Bo gdyby zobaczyła, jak rozpryskuje się mózg, pewnie nie mogłaby dziś zjeść ani obiadu, ani kolacji. Lepiej odwróć wzrok, dobrze ci radzę, zwróciła się w myślach do kobiety. Chyba widzisz, że nie przymierzam się tu do mycia zębów. Mam w ustach lufę niemieckiego pistoletu automatycznego firmy Heckler und Koch. I skończyłam się modlić. Powinnaś wiedzieć, co to znaczy. Ostrzegam cię. Poważnie cię ostrzegam. Odwróć wzrok, na nic nie patrz i wróć tym nowiutkim srebrnym mercedesem prosto do domu. Do pięknego domu, w którym czekają twój drogi mąż i dzieci. I żyj dalej swoim łatwym i spokojnym życiem. Ktoś taki jak ty nie powinien patrzeć na takie rzeczy. To prawdziwy brzydki pistolet nabity siedmioma brzydkimi dziewięciomilimetrowymi nabojami. A poza tym Antoni Czechow powiedział, że jeśli w opowieści pojawia się pistolet, musi kiedyś wystrzelić. Takie są zasady rządzące opowieścią.

Za co kocham…. Złego

Dzisiaj – wreszcie! – garstka cytatów ze „Złego” Leopolda Tyrmanda. Kto nie czytał „Złego” nich natychmiast nadrobi. To kryminał który czyta się po kilka razy tylko dlatego, że jest fajny (mam nadzieję, że poniższe fragmenty to udowodnią ;) ). Jeśli ktoś się zaczytywał Niziurskim i Nienackim: Tyrmanda pokocha. Nie są to wszystkie cytaty, które rzuciły mi się w oczy, ale „Złego” czytałam trochę na Kindlu, trochę na papierze, trochę w Poznaniu, trochę w Krakowie, a trochę pomiędzy, więc… cóż… wydawało mi się, ze mam wycytowane „kup pan cegłę”, ale nie znalazłam. Cóż, potraktujcie to jak zachętę do sięgnięcia po „Złego”. ;) (sposób zapisu dialogów oryginalny)

ps. Robert Kruszyna

—  Panie Albercie — rzekł Merynos serdecznie — w jakiej jest pan formie? —  W doskonałej — odparł obojętnie Wilga. — Praca i sport automobilowy — oto co wypełnia me obecne życie. —  To dobrze. Zachodzi bowiem konieczność poddania kogoś próbie wódki.

O kogo panu chodzi? — spytała lodowato Hawajka, wykazując absolutny spokój i obojętność, jak się jej przynajmniej w tej chwili wydawało. Ale nawet tak mało zaawansowana w kunszcie bystrej obserwacji jednostka, jak Robert Kruszyna, nie mogła nie zauważyć owej specyficznej, niemożliwej do zamaskowania czujności, jaka pojawia się w oczach, rysach twarzy i postawie człowieka z chwilą, gdy rozmowa zahacza o osobę stanowiącą cenny i częsty przedmiot jego myśli.

Pij tę ciecz — dodał, wskazując na gryząco żółtą lemoniadę, nalaną przez Hawajkę do ogromnego kufla od piwa

„Ileśmy wypili?” — błąkało mu się postrzępione pytanie w myślach. Musiały to być jednak gargantuiczne ilości, skoro Kruszyna znajdował się w stanie kompletnej demencji psychicznej, on zaś, Kubuś, był na pograniczu unicestwienia.

—  Panie prezesie, jak ja mam to załatwić? — jęknął Kruszyna. —  Twoja głowa, jak to zrobisz. —  Moja głowa, moja głowa — zawodził Kruszyna. — Gdzie ja mam głowę? Czy ja w ogóle mam głowę? Na wierzchu ślizgawka, a w środku trochę pomyj…

Widać było od razu, że jest to człowiek ulepiony z twardej gliny z domieszką tłuczonego krzemienia.

—  Nie wspominaj panu doktorowi o wdowach — rzekł delikatnie Wilga. — Pan doktor zapewne nie lubi tego wyjątkowo nierentownego typu kobiet…

oczy błyszczały mu ożywieniem, jakie nie gościło w nim od ceremonii jego pierwszego rozwodu.

W tonie Meteora wyczuwało się pochlebczą gotowość do jeszcze jednego powtórzenia znanej wszystkim historii o tym, jak inżynier Wilga znalazł się w Wilhelmshafen zaraz po zwycięstwie nad Hitlerem i po wyswobodzeniu z obozu; tam pił przez tydzień w taki sposób, że działalność jego stała się obiektem publicznego zainteresowania i prasowych reportaży, zaś pewne koła postanowiły zdyskontować ją w sensie patriotycznym. W tym celu zorganizowano naprędce mecz pomiędzy doborową ekipą reprezentacyjną, składającą się z australijskich oficerów, a inżynierem Albertem Wilgą; oficerowie ci uchodzili za niepokonanych w swych pułkach, zaś wszystkim było dobrze wiadomo, że Australijczycy dzierżą w Armii Renu palmę pierwszeństwa, jeśli chodzi o odporność na alkohol. Inżynier Wilga zasiadł za stołem, mając naprzeciw siebie pięciu drabów w fantazyjnych kapeluszach, jakie Australijczycy uważają za wojskowe nakrycie głowy, po czym wypił blisko trzy litry ginu, dopóki ostatni z Australijczyków nie zwalił się bełkocząc pod stół, względnie nie poczołgał się do toalety, co było dozwolone i przewidziane w regulaminie zawodów. Ten wyczyn zjednał Wildze ogromną popularność, a narodowi polskiemu wielką sławę i uznanie wśród alianckich sił zbrojnych, okupujących północno — zachodnie Niemcy; albowiem wielu tam można było spotkać ludzi, którzy nie przejawiali żadnego zainteresowania poświęceniem polskiej piechoty pod Monte Cassino czy bohaterstwem polskich spadochroniarzy w Holandii lub polskich brygad pancernych w Normandii, ale nie było nikogo, kto nie znałby wspaniałego zwycięstwa Wilgi nad niezwyciężonymi dotąd Australijczykami. Meteor, jak każdy człowiek, dla którego wypicie pół litra wódki kończy się wymiotami i udręką całego organizmu nazajutrz, a który zarazem rozmiłowany jest w alkoholowej mocy i uważa ją za oznakę męskości, żywił bałwochwalczą cześć dla Wilgi za ten wyczyn.

— Można żyć bez własnego kajaka, można żyć bez żony, można żyć bez lodówki, ale nie można żyć bez młodej kapusty w miesiącu maju do schabowego kotleta! — przemawiał z dużą dynamiką do zasugerowanych tymi wielkimi prawdami słuchaczy.

Pan w meloniku nałożył z uwagą cwikier, zafascynowany bogactwem tatuażu: na pękatym, gestykulującym żywo przedramieniu wiła się wężowymi skrętami kibić odaliski o bujnych kształtach, której jedyne odzienie stanowił wysoko upięty na głowie turban. Dzieło to wykonane zostało niewątpliwie przez wybitnego artystę o skłonnościach do bezkompromisowego realizmu, toteż nie bez zdumienia pan w meloniku odcyfrował wytatuowany pod nim pobożny napis: Ora et labora, co ze względu na wyraźnie mahometański charakter kobiecej postaci miało w sobie posmak misjonarstwa.

Facet o złamanym nosie zaczął naraz wyglądać tak, jakby się dowiedział na tym kiermaszu, że marchew jest niebieska i używa jej się do wyrobu samolotów odrzutowych.

Wirus. Od dawna pragnę zobaczyć pana, wobec tego poprosiłem naszego wspólnego przyjaciela, pana Kruszynę, aby mi to ułatwił. Niestety, wykazał pan brak chęci w tym kierunku, co pociągnęło za sobą chwilowe gwałty.

Pojawiły się one na wszystkich: na sportowcach i na matematykach, na młodych tokarzach i starych farmaceutach, na uwodzicielach i statecznych ojcach rodzin, na gibkich postaciach dwudziestolatków i na przysadzistych, starszych panach, zdradzających wieloletni zasób kulinarnych doświadczeń.

Jerzy Meteor stał przed lustrem i czesał się. Prosty i dość jednoznaczny czasownik „czesać się” nie oddaje w pełni skomplikowanej, obfitej w rytualne i hieratyczne gesty czynności, jakiej dokonywał Jerzy Meteor.

— Alors, wir sprechen o interesach — rzekł.
(…)
— You have etwas neutk, Herr Jussuf?
(…)
— Niech pan nie robić idiota — rzekł opryskliwie Jussuf. — You znowu zaczynać wasze numery? Sie wollen niks sprechen poważnie?

Klusiński stał w postawie pełnej skruchy, mnąc cyklistówkę w rękach, twarz jego wyrażała prawdziwą rozpacz, trochę zniekształconą wrodzonym zezem i nosem w kształcie karłowatego ziemniaka, które to elementy utrudniały twarzy tej wyrażanie tragiczniejszych uczuć.

Dotąd — ciągnął, popadając w zadumę — byłem li tylko poetą, stwarzałem wdzięczne poematy i ballady, sonety i stanze… — Poetą? — zdziwił się Śmigło — myślałem, że pracujesz jako cukiernik — Eugeniuszu! — rzekł z cichym wyrzutem Kompot — czyż nie pojmujesz, że można tworzyć liryczne pączki, ptysie — ballady, eklerki — poematy, ptifurki — fraszki, rurki z kremem jak sonety, trzynastozgłoskowe keksy i śmietankowe babeczki o poetycznej naturze miłosnych stanz?

— Cieszę się, że pana widzę — rzekł Dziarski. — Doprawdy? — zdziwił się Kolanko — to coś nowego w naszych stosunkach.

to nie dla nas. Nie żyjemy w Teksasie, lecz w normalnym, cywilizowanym społeczeństwie.

— Co się z panem Kalodontem dzieje, Panienko Przenajświętsza? Jak odmieniony! Ani chybi zostanie aktorem! — przy czym diagnoza ta miała dla niej znaczenie katastrofalne, albowiem płynęła z jej smutnych doświadczeń sprzed pół stulecia.

— Czekam właśnie na panów — rzekł Juliusz Kalodont i przyznać trzeba, że słowa te uczyniły na wszystkich duże wrażenie, nie wyłączając samego Kalodonta. Wszyscy poczuli się naraz jak bohaterowie ponurej i pasjonującej opowieści o tajemniczym sprzysiężeniu ludzi szlachetnych; tacy ludzie spotykają się zazwyczaj w celu wyplenienia zła przy blasku ślepych latarek w rozwalonej, niesamowitej karczmie „Pod Skrzypiącym Umrzykiem”, na rozstajach upiornych dróg, — przy akompaniamencie huku rozszalałych fal oceanu lub wycia wichru. Jedynie tłoczący się za człowiekiem — chmurą i wytwornie schludnym szoferem urzędnicy, domagający się papierosów, zapałek i wieczornej prasy, psuli nieco nastrój, wobec czego Juliusz Kalodont zamknął kiosk, zasunąwszy uprzednio szybę wystawową mimo protestów gęstniejącego grona klientów, którym oświadczył krótko: — Sprawy osobiste.

— Nie wierzysz, papuga? — spytał obraźliwie Mechciński. Bileterowi skurczyła się spocona twarz, lecz nie rzekł nic ani nie uczynił żadnego gestu, mimo że „papuga” była nazwą wysoce bileterom uwłaczającą, chociaż nikt nigdy nie wiedział, skąd się wzięła, co oznaczała i dlaczego uważana była w sferach koników i obsługi kin za obelgę.

Nawet najpogodniejszy, pełen uczuć misjonarz, pozbawiony — powonienia i od urodzenia daltonista, ugiąłby się pod ciężarem pierwszego kontaktu z wnętrzem baru „Słodycz”.

Kruszyna spurpurowiał na twarzy i karku, zaś Mechciński zamknął oczy w oczekiwaniu czegoś strasznego. Odemknął je z rozpaczą, spodziewając się ujrzeć zbroczonego trupa Kubusia na plugawej podłodze baru „Słodycz”. Ale nie — Kuba siedział wygodnie rozparty, zaś Robert Kruszyna miał wyraz twarzy przypominający wołu rozwiązującego zadanie matematyczne z użyciem logarytmów i pierwiastków. Zawsze miał taki wyraz twarzy, gdy nie wiedział, czy ma bić, czy nie, i gdy nie było nikogo, kto by zań ten arcytrudny problem rozwiązał.

Był czas, gdy Robert Kruszyna zapowiadał się jako znakomity pięściarz: piekielna siła ciosu, dynamit w pięści, stalowe sprężyny w nogach, refleks, instynkt ringowy — wszystko prócz inteligencji, a ta, chociaż przydatna, nie jest między linami warunkiem kardynalnym. Ale Roberta Kruszynę prześladowały złe moce. Kiedyś w czasie jakiegoś ważnego spotkania, w wypełnionej tysiącami widzów hali, gdy zdobył wyraźną, miażdżącą przewagę nad swym przeciwnikiem, zainkasował cios w brzuch. Słaby, niecelny, nieskuteczny cios, który nie wywarł na Robercie żadnego wrażenia, miał jednak zupełnie nieoczekiwane konsekwencje i gdy uśmiechnięty Robert szykował się do zadania kończącego walkę swinga, uśmiech naraz zamarł mu na wargach. Oto gumka przy spodenkach, wstrząśnięta do głębi tym ciosem, puściła, i Robert Kruszyna, który nigdy nie nosił slipów ochronnych, stanął nagle w ostrym świetle ringowych reflektorów podobny do greckiego olimpijczyka, w całym przepychu swej męskiej urody. Dalej wypadki potoczyły się błyskawicznie i urosły do rozmiarów istnego Waterloo dla Roberta: Robert usiłował pochwycić opadające spodenki, co nie należy do rzeczy najprostszych, gdy ma się ręce okutane w ośmiouncjowe rękawice, jego przeciwnik ocknął się naraz z otępienia, wywołanego dotychczasową przewagą Roberta, i trzasnął go resztą sił w odkrytą szczękę. To wystarczyło, by zaplątany w spodenki Robert zwalił się jak kłoda na matę, zaś olbrzymia widownia, której tak nieoczekiwanie ujawnione uroki cielesne Roberta zaparły dech w piersiach, po sekundzie grobowej ciszy wybuchnęła tak rozdzierającym śmiechem, że mecz musiał ulec dłuższej przerwie.

Gry o stołek ciąg dalszy :D

Tak, wiem, miałam tego nie robić. Miałam pogrzebać wszelkie wspomnienia o Martinie i takie tam… ale ludzie-ludziska – oto recenzja po prostu wspaniała :D (kopnijcie mnie to przetłumaczę).

 

I am on page 470, and although it pains me to put a book down unfinished, it is simply time to for me quit.

A Song of Ice and Fire is the Grey’s Anatomy of fantasy. It isn’t perfect in the beginning (it’s pretty flawed, actually), but you think „That’s okay, the premise is good! It will improve!” And then before you know it, everyone is having everyone else’s baby and murdering their mother (who is also their sister, and a schizophrenic) and traveling around on horseback setting things on fire for no apparent reason.

The characterization is painfully, painfully flat. I’m tempted to go through the text and count the number of times Jon Snow is referred to as a bastard. I get it! His mother is not his father’s wife! He is a bastard! Please, god, can we move on now? No, we can’t move on; here on page 470, AGAIN, Jon points out in dialogue that he is a bastard. (Cue self-inflicted eye-stabbing.) The kicker: Jon Snow is probably the deepest character in the book.

And exactly like Grey’s Anatomy, there comes a moment (often when a character married to two people at once and pregnant with some other dude’s baby decides to throw herself off a bridge, and then survives, but is left in a coma that can only be cured by the medicine her dead best friend left in her nightstand) when you just can’t take one more bit of drama just for the sake of it. (Plus, I totally cheated and looked up what happens in the sequels, and the plot only gets more convoluted and depressing.)

So yeah, thanks so much to all you guys who rated this FIVE STARS. I would like to know what you’ve been smoking, because it apparently gives you the power to turn crap into gold.

Martha Fitzgerald

http://www.goodreads.com/review/show/165840316

Wrażenia z WC

Na prośbę Fryy – kolejny staroć z serii programy do pisania :) (też pierwotnie zamieszczony na Craiisie). I jeszcze się zajmę może recką Scrivenera, co?

 

Programów mających ułatwić pisanie jest kilka. A może nawet kilkanaście. Nigdy specjalnie nie interesowałam się tego typu ułatwieniami – kilka prób udowodniło mi, że zazwyczaj zamiast pomocy dostajemy porcję różności, które tylko odciągają od meritum, a w najlepszym wypadku niczego nie zmieniają. Ale tak jakoś od słowa do słowa i w zupełnie innym celu sięgnęłam po Writers Cafe (WC). Przede wszystkim program został zaprojektowany przez pisarkę Harriet Smart i trudno przeoczyć fakt, że WC naprawdę jest przydatne. Writers Cafe wita nas okienkiem (którego nie radzę zamykać a wręcz przeciwnie, zapoznawać się z zamieszczonymi tam informacjami – niestety tylko po angielsku) z podpowiedzią/cytatem/informacją rodem z pomocy oraz… pulpitem. Jest menu start, są też ikony prowadzące do poszczególnych funkcji programu – notatnika, dziennika, StoryLines, brudnopisu, programu do generowania imion, tablicy, słownika, pomocy, podręcznika oraz półki z książkami (możemy tu dodać własne e-booki w formacie html), przeglądarki internetowej i ćwiczeń pisarskich. Dzięki temu nie musimy się ruszać w kierunku prawdziwego pulpitu na którym za pewne znajduje się niejedna rozpraszająca ikona. Na samym pulpicie można umieścić notatki w formie „przyklejanych karteczek”. Notatnik to notatnik. Notesów utworzyć możemy sobie wiele na różne tematy. Można w nich pisać, albo wykonywać ćwiczenia pisarskie. Dziennik to dziennik, wyjaśniać chyba nie trzeba, choć podejrzewam, że niejedno niestandardowe zastosowanie i dla Dziennika się znajdzie.

Brudnopis (tu ponownie: możemy utworzyć wiele brudnopisów) to taka teczka na różności: na obrazki (z ładnym podglądem), linki, fragmenty rozmów, artykułów czy samego pisanego opowiadania a także rozrysowane w WC „mapy myśli” (zapisek typu kolaż) i inne wynalazki, co tam komu potrzebne.

Bajerek do generowania imion to chyba jedyne sensowne tego typu narzędzie krążące w sieci. Nie generuje potworków rodzaju Ilmgorgolodhaglar Żarłotwąchwałgo (autentyk uzyskany przy użyciu FNG), ale wybiera losowo z listy autentycznych imion i nazwisk. Przerobić to przecież można i tak, a inspiracja sensowna jest.

Tablica, to jak sama nazwa wskazuje – odpowiednik tablicy korkowej, gdzie możemy na przyklejanych karteczkach zapisać różne różności.


Sercem Writers Cafe jest funkcja StoryLines. Wygląda niepozornie, brzydko i skomplikowanie, jak i zresztą cały program. Wygląda. Wystarczy przysiąść i naprawdę postarać się coś zrobić a nagle okaże się, że w tym interfejsie wszystko jest na swoim miejscu a do tego pod ręką.


Podzielone na trzy części okno oferuje nam przede wszystkim możliwość rozrysowania sobie wielowątkowej fabuły – mnie osobiście zdarzało się zrobić to na papierze, ale zaraz potem okazywało się, że „to” jednak powinno być „tam” i całą zabawę trzeba było zaczynać od początku, bo ilość dziwnych rysunków i kresek zaczynała bardziej przypominać jakiś bohomaz z galerii sztuki współczesnej niż cokolwiek przydatnego. Do tego trudno przy takim rysunku umieścić wszystkie informacje dodatkowe – who is who, informacje dotyczące miejsc akcji itp. tak, by całość wciąż przypominała jakiegoś rodzaju konspekt. StoryLines jest stworzone to właśnie takiej zabawy. Zaczynamy od umiejscowienia na osiach czasu akcji poszczególnych wydarzeń. Każdemu możemy przypisać szereg właściwości, dodać notatki, znaczniki oraz oczywiście spisać treść. Z tym ostatnim osobiście się nie bawię – piszę w jakimś specjalnie do tego przeznaczonym programie, choćby gedicie (do którego pałam coraz większą miłością…), sądzę, że ta opcja szczególnie przydatna jest przy pisaniu scenariusza, gdyż generowany przy pomocy WC raport (nawet przy ustawieniach dla powieści) najbardziej do zapisu scenariuszowego jest podobny, a i łatwiej z taką formą się przy użyciu WC obchodzić niż z dużymi blokami zwartego tekstu. Za to cała reszta, to raj nie życie. Informacje o właściwościach poszczególnych kart znajdują się w prawym górnym okienku. Lewe to miejsce na dane dotyczące całego projektu. Tutaj możemy dodać ogólne notatki i informacje, profile bohaterów (które warto wypełnić choćby po to, żeby dokładniej ich przemyśleć, mimo, że rubryczki są nieco dziwnie potytułowane) oraz dane miejsc akcji. Tutaj też generowany jest z naszych zabaw z osiami konspekt oraz – bardzo przemyślana rzecz – można utworzyć „kieszonki” do których można włożyć karty (wydarzenia, sceny), których jeszcze nigdzie nie przypisaliśmy, albo pozaznaczać powiązania pomiędzy różnymi wydarzeniami. Tworzenia nowych projektów dla historii, które już zaczęliśmy spisywać nie polecam. Próbowałam – długie, trudne, nudne i mało twórcze. Za to rozpoczęcie nowego opowiadania, dopracowanie przy pracy z WC kolejnych szczegółów, to doskonała sprawa.

Z ćwiczeń pisarskich nie korzystałam, bo jakoś „pod przymusem” niespecjalnie mi się pisze, ale zadania wyglądają bardzo sensownie: dostajemy nazwiska i podstawowe informacje o postaciach i jakąś informację o tym, co ma się wydarzyć, jakie są przeszkody – albo zgoła tylko nazwisko i polecenie „napisz coś o tej postaci”. Ustalamy czas jaki chcemy poświęcić na pisanie i jedziemy z tym koksem. Polecenie możemy automatycznie wkleić do Dziennika lub Notesu.


Największymi zaletami Writers Cafe są jego funkcjonalność i możliwość personalizacji. Jeśli ktoś lubi korzystać z licznych pasków menu – proszę bardzo. Ktoś inny woli minimalistyczne okno – się robi. Mały ekran? Nie ma sprawy to i owo możemy otworzyć w osobnych oknach jak ci wygodniej. Każde z narzędzi ma szeroką gamę funkcji, które wykorzystać możemy jak nam będzie wygodniej. To co bardzo ważne, to również fakt, że WC nie rozprasza. Raczej wręcz przeciwnie. Fakt, że nie olśniewa wyglądem to również zaleta (choć i tu mamy szeroką gamę możliwości personalizacji, ale nie polecam, prostota a wręcz brzydota to zdecydowanie plus) – siedzisz i piszesz, a program jest praktycznie „przezroczysty”. Writers Cafe działa pod niemal każdym systemem operacyjnym – Windowsami, Linuxami, Macami, a nawet pod FreeBSD 6 i 7 oraz Solaris x86. Jest też doskonały to używania w wersji przenośnej. Istnieje wersja polska – niestety nie jest to spolszczenie 100%, ale wystarczające, żeby z WC korzystał nawet ktoś nieznający angielskiego. Niestety w takim wypadku podpowiedzi, poradnik oraz ćwiczenia pisarskie należy spisać na straty. Nie całkowite jest również tłumaczenie niektórych menu. Wspominałam, że lubię pisać w łazience? Teraz to wyznanie nabrało zupełnie nowego sensu…

Program można zakupić tu -> http://www.writerscafe.co.uk/ . Z tej strony pochodzą też screeny.

Znowu właściwie autocytat, ale przypomniała mi o tym Fraa w najnowszym wpisie. Tekst pojawił się w marcu tego roku na craiisie.

 

Mowa o Wrie or Die. Stronkę chyba znamy wszyscy http://writeordie.com/ , ale ostatnio szarpnęłam się na Write or Die Desktop Edition, czyli samodzielną wersję programiku. No a skoro się szarpnęła, no to się podzielę wrażeniami :D

Z technikaliów to WoD-DE działa na wszystkim na czym można zainstalować Adobe Air (czyli chyba na wszystkim). Dr Wicked nie ma nic przeciwko instalowaniu sobie jego programu na tylu kompach na ilu zechcemy o ile to są nasze kompy, jak sam napisał, na kopie zapasowe na komputerach kolegów patrzy niechętnie ;) Zamówienie jest proste jak budowa cepa (płaci się przez paypal czyli wystarczy mieć kartę z możliwością płatności przez internet, konta na paypalu zakładać nie trzeba), realizacja: błyskawiczna (w końcu wszystko zautomatyzowane), koszt tego przedsięwzięcia to 10$ (około 30zł).

No ale co my za te 30zł dostaniemy czego nie ma darmo na necie?
Po pierwsze: net nie jest nam potrzebny (przynajmniej do większości spraw) :P co minimalizuje ilość rozpraszaczy. Przede wszystkim przeglądarki nie musimy włączać, a to już zdecydowany plus.
Super opcje by doprowadzić wredność programu do perfekcji:
- pasek którym ustalamy jak łaskawy ma być program
- możliwość dokładnego ustalenia czasu w jakim chcemy pisać.
- własne potworne dźwięki (wyobraźcie sobie, ze za każdym razem kiedy przestajecie pisać zawisa nad wami groźba usłyszenia jakiegoś utworu Kombi O.o” )
- pełny ekran
- zawsze na wierzchu
- wyłączenie zapisywania póki nie osiągniesz celu
- (mój faworyt) wyłączenie backspace’a :D
Możemy też ustawić sobie kolor czcionki i tła.

Program oferuje nam też dostęp do statystyk – sumy napisanych słów, największej ilości słów napisanych za jednym razem, średniej ilości słów na wpis, średniej szybkości pisana (w słowach na minutę) ilości kar i słów zjedzonych przez tryb kamikaze.

Z absolutnych nowości: wojny słowne. Ustalasz sobie swój nick, znajdujesz kogoś kto chciałby się zmierzyć i piszecie na wyścigi ;) Łatwo takich ludzi znaleźć na twitterze dając wpis z odpowiednim tagiem. Tej opcji nie testowałam, więc więcej nie powiem.
Druga rzecz o której warto wspomnieć to pasek ilości słów i czasu.

Wisienką na torcie i opcją, którą naprawdę uwielbiam są opcje zapisu. Program automatycznie po kliknięciu „done” zapisuje kopię zapasową w formacie txt w swoim domyślnym katalogu, poza tym oferując „zapis” oraz „dodanie do pliku”. Szczególnie to ostatnie jest cudowne -> dwa kliknięcia i codzienna porcja Colta Thunder ląduje w pliku w którym są już wcześniejsze fragmenty. Dodatkowy sposób na robienie backupu :D

Czy warto? Moim zdaniem warto. WoD-DE eliminuje jeszcze więcej rozpraszaczy niż wersja internetowa, poza Wojnami słownymi (i aktualizacjami, tu uwaga: jeśli ktoś by kupował niech zaktualizuje natychmiast program, do ściągnięcia jest poprzednia wersja, która ma błędy w module zliczania słów) nie potrzebuje dostępu do internetu, więc pisać można naprawdę wszędzie ;) Szybko, przyjemnie i w ogóle kaczi piszę te moje 750 w 20 minut a nie półtorej godziny, bo kuźwa siedzę na dupie i piszę, a nie jem kolację, robię sobie tysiąc herbat i diabli wiedzą co jeszcze. No i wiem ile czasu zajmie mi pisanie, więc mogę sobie przysiąść pomiędzy tym i owym i napisać swoje nie obawiając się że w połowie błyskotliwego dialogu przyjdzie mi iść na zajęcia.

 

I nawet sobie taką torbę kupiłam ^^